środa, 30 grudnia 2009

Łzawe pożegnania i stare dziady.

Wczoraj. Godzina 22.57. Ja myje ryj w łazience już w stroju pidżamopodobnym. Słyszę, że ktoś do mnie dzwoni. Zdziwiłam się, ale nie pobiegłam odebrać, i tak nic nie widziałam przez ściekającą na oczy wodę. Przypomniałam sobie, że dzień wcześniej umówiłam się z Panem Jarżą eN. (dokładnie powiedziałam mu, że możemy się spotkać nawet o 23, co też uczyniliśmy).
To właśnie z nim w ciągu tej świątecznej przerwy widywałam się najczęściej. Ogromnie radosne spotkania, wieczorne spacery, stare dobre czasy, rozgrzane myśli i głowa a zamarzające dłonie i stopy. Dużo uśmiechu. U niego też całkiem składnie, a wręcz dobrze. Dziś o 2 nad ranem wyjechał. W chwili, kiedy się żegnaliśmy oczy zaszły mi łzami. Nieważne, że to przez wiatr i zimno. Były łzawe pożegnania. Równocześnie otrzymałam pierwsze najlepsze życzenia noworoczne. Oby udało nam się spotkać za te dwa miesiące...
Tego samego wczoraj byłam u mojej najdroższej cioci, która realizuje moje krawieckie i ciuchowe wizje ^^. Nie jest co prawda profesjonalną szwaczką, ale wkłada całe serce w szycie dla mnie. Lubie ją. Powiedziała mi też wczoraj coś bardzo ważnego: życie mija nam zbyt szybko, tu zakupy, tu praca, wszystko biegiem, ale to my sami sobie nakręcamy czas. Wspominała też jak z moją mamą chadzała po jednej z głównych ulic i spotykało się mnóstwo ludzi. W kolejce do kina rozmawiano ze sobą. Spotykano się w kawiarniach. Teraz w sobotni wieczór w naszym mieście nie spotka się wielu ludzi. Wszyscy siedzą w tych swoich domach i klepią w klawiatury. To trochę smutne.
Po spotkaniu z ciocią postanowiłam poszukać jakiejś muzyki na jutrzejszą imprezę. Wiem, że Natali gustuje w muzyce ubiegłych dekad, więc zaczęłam przetrząsać sieć. Nagle, przez przypadek znalazłam utwór Joe Cocker'a z Woodstock'u. Zrobiłam oczy jak pięciozłotówki O.O. Nie mogłam w to uwierzyć! Cocker był w mojej głowie zawsze tylko niegroźnym starym dziadem, który podśpiewuje sobie jakąś komerchę do radia i reklam. Jaką ignorantką byłam! Teraz śmiem twierdzić, że ów, do wczoraj 'stary dziad' całkiem znośnie przeszedł od młodego rockmana do dojrzałego muzyka rockowego czy nie,nieważne. Jego wizerunek dziś jest całkiem sympatyczny. Koleś trzyma fason i ma klasę.

Do następnego pewnie już całkiem noworocznego!

wtorek, 29 grudnia 2009

O krejzi shoppingu słów kilka.

Nie wypada nie napisać ani jednego słówka o poniedziałkowym shoppingu. Wstałam z bólem głowy i katarem. Nic ciekawego. W pociągu uświadomiłam sobie, że zapomniałam o doładowaniu telefonu -,-'. Ani wysłać esa do Alicji, ani zadzwonić do rodziców, że żyję, ani w ogóle nic. Trudno. Na szczęście Ala ma dobre serduszko i dała skorzystać ze swojej komórki.
Dzieciory zamiast w domu siedzieć, dupki grzać wyruszyły tłumnie do Łodzi. Jedni do kina, jedni też na zakupy, jedni bo coś tam (zasłyszane z rozmów). Jak lubią, niech jeżdżą.
Co do samego centrum handlowego, to ludzi było umiarkowanie dużo. Najbardziej oblegana była chyba Bershka, H&M i Reserved (z tych wszystkich, które odwiedziłam). Jak to jest, powiedzcie mi moi mili, że jak człowiek ma pieniędzy całkiem sporo do wydania, bo zaciskał pasa, bo przyszedł do niego bogaty Święty Mikołaj, bo uczelnia płaci mu co miesiąc za studiowanie, to nawet 200zł na cały wypad (łącznie z przejazdami) nie wydał. Fakt, że do mojej szafy trafi kolejna sukienka (z H&M), kolejna torebka (z Croppa),legginsy z suwakiem (też H&M) i pierścień mocy (też H&M). Bez rewelacji, ja Wam powiem. W Reserved było całkiem sporo milusich sukienek w milusich cenach. Były one jednak nad wyraz eleganckie, więc okazji do ich założenia w najbliższym czasie nie będzie. Rozsądku mój ukochany! Przykazanie przecenowych zakupów mówi: nie kupuj czegoś, bo jest przecenione i ładne, jeśli nie masz okazji, by to założyć*. No cóż, przynajmniej upatrzyłam sobie skórzaną kurtkę w Vero Modzie. Niech tam sobie na mnie czeka, a czeka bo liczę na jeszcze ładniejsze modele.
Z rewelacji głupoty ludzkiej: dymi się z kosza (na zewnątrz, ale jeszcze terenie centrum handlowego). Ludzie z dzieciorami i bez przechodzą sobie obok śmietniczka. Zadowoleni, zachwyceni, może nawet podekscytowani. Może liczyli na to, że wybuchnie i te ichnie dzieciory, co zawsze szły bliżej kosza trafi ułamek i zdechną?
Z rewelacji rozczulenia serca: stoję sobie w kolejce do kasy w Cropp'ie. Przede mną dwie dziewczynki w wieku 13-14 lat. Może nawet siostry. Pierwsza płaci złożoną w harmonijkę stówą. Dumna, zadowolona z zakupu. Druga płaci tak samo złożonym banknotem. Tak oto zapewne pozbyły się swojej świątecznej kasy :), ale z radością. To było takie milutkie.

Do następnego już w nie tak dobrym humorze. Histologio...zdechnij!

*chyba,że jest za grosze, to bierz i pielęgnuj niczym najdroższy skarb

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Po kolędzie.

Wczoraj miałam dzień odwiedzin. Najpierw razem z Badeczką (której nie widziałam już dosyć dawno) udałyśmy się do Ady (z nią nie widziałam się jeszcze bardziej dosyć dawno). Jak dobrze było posiedzieć tak razem i upewnić się, że wszystko w porządku u tej dwójki.
Następnie spontanicznie wpakowałam się do Dziuniuchny. Ha! Gadki o maturze, studiach i liceum. Juz nie mogę się doczekać kiedy zda egzaminy i dostanie się na swoją wypatrzoną uczelnię i będzie mi opowiadała o swoim życiu studenckim ^^. Oczywiście już rozplanowała, że ona jako przyszły psycholog, ja jako przyszły kosmetolog, a nasz wspólny znajomy jako fizykoterapeuta otworzymy wspaniały ośrodek-spa i holistycznie będziemy 'uzdrawiali' naszych klientów. Miło by było mieć ich za współpracowników, ale to tylko takie gadanie. Liczę na nią! Będę miała darmową terapię xP.
Wieczorem po powrocie z kolędowania obejrzałam 'Wojnę polsko-ruską'. Nie słyszałam pozytywnych opinii o filmie. Książkę pare lat temu miałam w ręce. Po paru stronach stwierdziłam, że nie mogę się wczytać i porozumieć z tą lekturą. Tak oto skończyła się moja przygoda z Masłowską. Może jestem nienormalna, ale coś oczarowało mnie w tym filmie...Zaskoczyło? Zatrzymało? W każdym razie nawet mi się podobało i w trakcie oglądania stwierdziłam, że nie żałowałabym wydanych pieniędzy na bilet, gdybym oglądała to w kinie. Borys Szyc w głównej roli sprawdził się i to bardzo. Nie powiem, że polecam każdemu tą pozycję, czy że warto się z nią zapoznać. Obraz dość specyficzny i zapewne nie do końca dobrze go interpretuję, ale tak sobie myślę, że chyba warto powrócić do książki w celu dokładniejszego zrozumienia filmu.
Od soboty jakaś choroba się do mnie dobiera. A ble! Po dzisiejszym shoppingu pewnie rozłoży mnie na dobre. Co z tego, kiedy jeszcze sporo mam do załatwienia! Trzeba będzie jakoś przekulać i poumierać trochę na ramionach Aliszji w tej Łodzi. Mam nadzieje, że jakoś ze mną marudzącą na potęgę (dzieje się tak zwłaszcza, kiedy jestem chora,albo zmęczona) wytrzyma. Szczerze mówiąc, po wczorajszych tłumach w sklepach nie spodziewam się udanego polowania, ale może coś tam uda mi się wypatrzeć. Zobaczymy.

Do następnego, oby żywego.

piątek, 25 grudnia 2009

Spokój.

Każdy powrót do domu, to był wieczny wyścig z czasem. Jak wygospodarować dodatkową godzinę w ciągu dnia, by coś załatwić, z kimś się spotkać. Przyjemnie jest, kiedy wiem, że mam czas na spotkania, czas na spanie ile wlezie, czas na oglądanie filmów i innych takich. Przyjemnie jest mieć świadomość, że mam czas.
Czy czas można wartościować? Z moich obserwacji wynika, że bez przyzwolenia robimy to dokonując swobodnego wyboru w wypełnianiu wolnych chwil. Czy chwila spędzona w pracy nie będzie równała się chwili spędzonej z kimś ważnym, czy chwili spędzonej na graniu w pasjansa? Myślę, że nie. Z chwili spędzonej w pracy wyciągniemy korzyść materialną, finansową, ze spania wyciągniemy korzyść psychosomatyczną- regeneracja sił i relaks umysłu (choć podobno on nigdy nie przestaje pracować), z gry w durnego pasjansa możemy zaczerpnąć inspirację, relaks, ćwiczenie matematycznych sfer naszego mózgu. Czas jest nasz, dla każdej jednostki inny, choć potrafi się rozlać i złączyć grupę ludzi na jakiś okres. Każda minuta jest bezcenna, a tak bardzo nie potrafimy szanować czasu innych ludzi. Szkoda.
Święta sobie powoli mijają. I dobrze. Dostałam czekoladowego diabła ( którego foteczke możecie podziwiać) ^^. W tym roku całkiem na bogato. Pod choinką poza szatankiem znalazłam szlafrok, kopertę, perfumy (zapach ciężki, w ogóle nie kojarzący się z osobą w moim wieku. trudno, będę używać), czekoladowego mikołaja. W wigilijny poranek otrzymałam jeszcze okulary z restyle.pl. Wyglądam w nich jak kot :P. Są troszkę duże, ale i tak mniejsze niż w moich wizjach wywołanych obawą o zakup w ciemno. Jeszcze nie wiem czy wsadzę w nie szkła z moją wadą...Zobaczymy.
A! Co by pomęczyć trochę Was wszystkich odwiedzających mojego bloga dodałam muzykę. ]:-> he. Na świąteczną tapetę poszedł Shakin Stevens ze swoim nieśmiertelnym 'Snow is falling', następne na liście 'Lord of the board' w wykonaniu Guano Apes to takie moje piosenki-faworyci tegorocznych świąt. Dalej jakieś bzdurki. Just enjoy!

Do następnego!

wtorek, 22 grudnia 2009

'Marzenie kobiety: mieć stopę wąziutką, a żyć na wysokiej'

Dziś zdecydowanie przyjemny dzień. Trochę wysiłku, trochę obowiązku, trochę Aliszji i przyjemności bycia. Posprzątane, kupione, puder z Biochemii Urody dostarczony. Teraz tylko go używać i oby okazał się dobry. Nie mówię, że wspaniały, bo najlepsze okazuje się to co odkrywamy przez zupełny przypadek, niechcący. Jest szansa, że drugi prezent (po pudrze) jaki sama sobie sprawiam dojdzie jutro.
Dzisiaj nawet trochę się ukulturalniałam na Wieczorze Kolęd w Szkole Muzycznej. A co! W końcu wykonywany został utwór w aranżacji Ali, a później przepięknie zaśpiewała. Jakoś najambitniej zabrzmiał występ przygotowany przez Alę. Reszta wydała mi się czymś zupełnie przypadkowym, co ostatecznie można było podciągnąć pod grę w świątecznym klimacie. Nieważne. Po koncercie udałyśmy się na pogaduchy. Rozgrzewałyśmy się- ja gorącą czekoladą, ona piwkiem z imbirem. Dostałam kolejny w tym roku wspaniały prezent świąteczny :) Najgorsze, że ja nie miałam nic dla niej :C. Było mi przykro. A tak cholera jasna sobie myślałam przed wyjściem: jak będzie miała dla mnie jakiś prezent, to jej piżgne! No, ale nie piżgnęłam. Ale już mi lepiej, bo wymyśliłam co ja jej dam ]:->
Otrzymałam od Aliszji przepiękną opaskę do włosów z satynową kokardą w kolorze fioletu. Śliczna. Najśmieszniejsze jest to, że ostatnio tak sobie pomyślałam, że warto byłoby zainwestować w jakąś przepaskę z kokardką, bo teraz dużo ładnych można spotkać. Nawet głębiej nad tym zakupem nie zdążyłam się zastanowić, a zachcianka już została spełniona. Julian Tuwim wysnuł taką oto myśl 'marzenie kobiety: mieć stopę wąziutką, a żyć na szerokiej'. Niech zatem to będzie moje prawdziwe życiowe marzenie! Chyba lepiej jest, kiedy człowiek odczuwa chęć zrobienia, czy kupienia czegoś drobnego, o niedużej wartości. Nie czuje tak łatwo rozczarowania i bólu jakie przynosi mu niemożność osiągnięcia celu.
Tak na prawdę nikt się nie dowie, co znaczy dla mnie ta opaska. Najchętniej poszłabym w niej spać, ale się zniszczy. Tego nie chcę na pewno. To kolejny przedmiot, który trafia w moje ręce, a w myślach egzystuje jako coś magicznego. Coś obdarzonego duszą. Coś niepowtarzalnego.
Jeszcze tylko króciutki tydzień i spotkam się z wspaniałymi ludźmi. Aliszja była preludium, a za razem sygnałem do zniecierpliwienia i ściskającego żołądek pytania: ile można czekać?

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Kalendarz

Dziś byłam na prawdziwych zakupach spożywczych <3! Takich wiecie, wybierasz co lubisz, ile chcesz, bierzesz lepsze, a nie tańsze. Niestety na początku odruchowo porównywałam ceny i wyciągałam łapę po najtańsze, ale kiedy się na tym złapałam wybrałam to co lubię. Kupiłam perfumy dla mamy. Już wiem, że będę jej podbierała xP. Mi osobiście bardzo się podobają. Mamie mam nadzieję, że też przypadną do gustu. Przynajmniej opakowanie jest zielone (w jej ulubionym kolorze), więc może to przeważy nad tym czy jej się podoba, czy nie ^^'.
Dziś bardzo osobisty plan na najbliższe dwa tygodnie, bo powoli się gubię co i kiedy mam do zrobienia.


WTOREK:sprzątanie,17.00Alicja
ŚRODA: szewc,pierogi,wigilia u Weroniki
CZWARTEK-NIEDZIELA:świąteczne nicnierobienie
PONIEDZIAŁEK: (chyba)Aliszja+Łódź+shopping
WTOREK:9.00 szycie,biblioteka
ŚRODA: studia
CZWARTEK-PIĄTEK: gotowanie, sylwester z Bohemą
SOBOTA: powrót na studia

Ostatnio (od powrotu do domu) ogarnął mnie szał na przerabianie ciuchów. Co z tego wyniknie zobaczycie sami, o ile zrobię foteczki :P. O tym innym razem.
A dziś parę kokardkowych ciuchów, które możenie sobie nabyć.



Niektóre ceny powalają, ale poinspirować się zawsze warto xP.

Do następnego.

niedziela, 20 grudnia 2009

Aromaterapia.

Tak się zastanawiam ciężko nad prezentem dla mamy. Mam dwie opcje z trzecią w zanadrzu. Rozgrzewająca poduszka z Pachnącej Szafy (o ile będzie w miejscowym Rossmanie), zapach Elizabeth Arden Green Tea bądź książka - oto co wymyśliłam. Zdaję sobie sprawę, iż zapach to bardzo indywidualna sprawa, dlatego też dziś notka poświęcona aromaterapii.
Oczywistą sprawą jest, że aromaterapia to leczenie, a właściwie terapia przy pomocy zapachu. Aromaty używane w aromaterapii pochodzą z olejków eterycznych - naturalnych ekstraktów roślinnych bądź otrzymywanych w sposób syntetyczny. Są dwa zasadnicze sposoby wprowadzania do organizmu owych olejków.
Pierwszym i najbardziej znanym sposobem aplikacji zapachu jest skóra. Kąpiel z dodatkiem kilku kropel olejku eterycznego jest najprostszym i bezpiecznym zabiegiem aromaterapeutycznym jaki każdy może sam wykonać. Należy jednak pamiętać, że jeśli ma to być kąpiel relaksująca, to powinna mieć temperaturę wyższą ok.38 °C,a jeśli kąpiel energetyzująca, to kąpiemy się ok.15-20 minut używając ciepłej, a nie gorącej wody. Kąpieli takich możemy zażywać nawet kilka razy w tygodniu.
Drugą drogą wprowadzania do ciała aromatu są drogi oddechowe. Niech Wam się to nie kojarzy tylko z siedzeniem z głową pokrytą ręcznikiem nad garnkiem wrzątku z dodatkiem aromatu ;). Oczywiście taki sposób inhalacji będzie korzystny przy kaszlu, katarze, czy ostrym trądziku. Nie polecam jednak, jeśli fizycznie nic Wam nie dolega,albo boli Was głowa. Inhalacje olejkami eterycznymi można wykonywać przy pomocy kominków (można dostać w sklepie typu 'wszystko po 4 zł') i podgrzewacza. Jest to bardzo przyjemna metoda, jednak jeśli ktoś z domowników nie przepada za stosowanym przez Was zapachem może to okazać się dość uciążliwe xP. Taki kominek stawiacie sobie w pokoju i już, oddychacie sobie wdychając woń.
Niestety, z olejkami jak z lodami. Nie każde lody czekoladowe będą smakowały tak samo dobrze. Wszystko zależy od składników i ich proporcji zastosowanych w przepisie danego producenta. Identycznie jest z olejkami. Tyle, że z olejkami więcej zachodu :P. Wystarczy zebrać daną roślinę w złej fazie rozwojowej, a już aromat będzie gorszy. Także to, że jednego producenta olejek lawendowy (o ile to my nie przegięliśmy z aplikacją zapachu) jest duszący nie oznacza, że drugiego będzie taki sam. Albo to, że jednej firmy olejek mięty pieprzowej ma mentolowy zapach, a drugiej bardziej miętowy. Czasem trzeba pokombinować, ale czasem zwyczajnie nie lubimy danego zapachu i mimo najlepszych właściwości na dane schorzenie będzie nam szkodził. Logiczną sprawą jest, że szukamy innego olejku eterycznego, który może pomóc na to samo ;). Ciekawą sprawą jest, że występują zapachy uniwersalne! Są one lubiane przez wszystkich. Przykładem jest chociażby olejek mandarynkowy. Pominę tu kwestię właściwości poszczególnych olejków, gdyż są one wypisane na opakowaniu lub wystarczy poszukać w sieci.
Podsumowując serdecznie polecam wszystkim aromaterapię zważywszy na to, że to nie jest droga sprawa. Najlepiej terapię tą jest łączyć z innymi terapiami np. muzykoterapią, chromoterapią, czy przy jakichkolwiek zabiegach kosmetycznych. Praca przy komputerze z ulubioną muzyką i rozpalonym konikiem aromaterapeutycznym także się sprawdzi ;)

Dbajcie o siebie i relaksujcie się!

Do następnego

Ps. W chwili gdy używacie choinki sztucznej bardzo miłym rozwiązaniem jest zastosowanie kominka z paroma kroplami olejku sosnowego, czy innego drzewka iglastego. Atmosfera, relaks i zdrowie - same korzyści.
Ps.2 Cholera, jednak czegoś sie nauczyłam na tych studiach ^^' Kto by pomyślał...

czwartek, 17 grudnia 2009

'A mogę popisać twoim ołówkiem?'

Koleżanki (już byłe sąsiadki Domu Muminków) dziś przeniosły swoje rzeczy do pokoju obok. Cieszę się, bo dziewczyny często zostają na weekend. Nie będę już taka zupełnie sama :).
Mróz daje nieźle w kość, ale w tym roku postanowiłam nie marudzić na zimno. A co! Trzeba być twardym, nie miękkim. Zwłaszcza po rozgrzewającej serce rozmowie ze znajomymi. Chłopaki pomagali przewieźć rzeczy dziewczyn. Później podwieźli mnie na uczelnie. Sami z siebie to zaproponowali. W drodze zapytali się mnie czy za nimi tęskniłam, bo dawno się nie widzieliśmy. Zatkało mnie. Zapadła cisza. Oni w śmiech, wypomnieli mi, że już o nich zapomniałam. Ja nic takeigo im nie mówiłam, mimo iż rzeczywiście zatęskniłam za nimi, ale jak facetowi się coś takeigo powie to on zaraz snuje sobie teorie, że dziewczyna czegoś od nich chce. Powiedziałąm im dokładnie to samo tłumacząc czemu nie mówiłam, że tęsknie. A oni na to, że mam im mówić wszystko ^^. I w ogóle zaprosili mnie na jakąś imprezkę, coś. Byli tacy milutcy. Ja cały czas myślałam, że jestem dodatkiem do współlokatorek (tych byłych i współlokatorki z pokoju). Jednak traktują mnie jako oddzielną jednostkę! Cieszę się.
W przednim nastroju, po podwózce chłopaków udałam się na anatomię. Kolokwium przeniesione, więc bez spięcia przeżyłam dzień dzisiejszy.
Przechodząc do sedna mojego postu, oglądamy sobie telewizję z wszystkimi współlokatorkami i sie pochwaliłam dziewczynom moją koszulką 'GUCCI' od babci. Jedna z dziewczyn przytoczyła taką oto historię ze swojego życia:
Dostałam kiedyś perfumy Chanel no i dodatkiem był ołówek z logo firmy. Takim błyszczącym. Piszę sobie nim na anatomii, a laska obok ciągle się gapi na to co ja piszę.
-Nie możesz nadążyć, powtórzyć ci coś?-zapytała współlokatorka
-Nie. A mogę popisać twoim ołówkiem?-odpowiedziała błagalnym, rozmarzonym głosem dziewczyna z grupy

Co to z ludźmi robi głupia metka...właściwie to logo.
Eh. Tym czarującym akcentem kończę.

Do następnego. Nie zamarzajcie.

środa, 16 grudnia 2009

Ciapa czyli skrajności ubóstwienia własnej osoby.

Na uczelni nijak. Z biologii już szykuję się na poprawkę. Z historii liczę na zaliczenie i nastawiam się pozytywnie. Może to jakoś przepchnie magiczną granicę zdawalności i będę miała już jeden przedmiot do sesji z głowy. Referat znów przesunął się na kolejne zajęcia. Na chemii nie wyszło mojej grupie badanie składników olejku miętowego na chromatogramie. Dziadostwo! Czyżby pierwsza ocena niższa niż 4,5 (jedno, reszta 5 xP) z tego przedmiotu? Właściwie to tylko ten przedmiot ze ścisłych mi podchodzi. Chyba przez bardzo wyrozumiałego i fajnego prowadzącego. Nigdy nie pociągało mnie laboratorium chemiczne. Teraz też nie, ale przyjemnie jest robić te wszystkie badania i pomiary i dostawać pomoc ze strony doktora i pytać się czemu tak a nie inaczej i jasno, prosto, bez udawania, że jesteśmy inżynierami i znawcami chemii mieć podane tłumaczenie. No, to jeszcze jutro kolokwium ze stawów i koniec tej przedświątecznej masakry naukowej.
Mówiąc o masakrze nie mogę pominąć moich porażek życiowych.
1. W piątek kupiłam sobie buty. Pierwsze jesienno-zimowe na niewielkim obcasie. W poniedziałek już nie miałam fleka i uszkodziła się podeszwa lewego buta. Wszystko dzięki temu, że poślizgnęłam się na bruku -,-.
2. W poniedziałek rano wyszłam na wykłady zaczynające się o 8. Maszeruję sobie dziarsko przez osiedle, gdzie znajduje się moje mieszkanie. Na płaskiej tym razem podeszwie. Dup! Gleba z lądowaniem na tyłku -,-.
3. Wtorek. Współlokatorka po moim powrocie z nieudanych laboratoriów z chemii prosi mnie o pomoc w zrobieniu prania, bo jeszcze tą pralką się nie posługiwała. Wskazałam jej nie ten co trzeba pojemnik na proszek. Proszek do prania ląduje w komorze na płyn do płukania. Fakt, że ze śmiechu słaniałyśmy się po ziemi dobre 15 minut, ale to nie zmienia faktu, iż jestem ciapa -,-.

Coś jeszcze głupiego odwaliłam, ale już zapomniałam. W każdym razie dochodzę do wniosku, że jestem okropną niedorajdą. Łamagą. Ciamajdą. Ciapą! Jednocześnie uwielbiam siebie za niektóre głupoty, które odstawiam, bo sama się z tego śmieję. Z drugiej jednak strony mam ochotę zdechnąć, kiedy odwalam beznadzieje :/.
Wczoraj wieczorem z racji tego, iż w dzień spałam od jakiejś 16 do 19.30 pościągałam sobie japońskie gazetki i wygrzebałam trochę kokardkowych rzeczy.

Do następnego.

czwartek, 10 grudnia 2009

Nareszcie!

Nareszcie od 1 października czuję się zrelaksowana. Układa się jakoś po mojej myśli. Czuję się stabilna.
Przed chwilą wróciłam z kolejnym kubkiem herbaty. W czasie, gdy gotowała się woda wyglądałam przez okno. Na osiedlu pusto. Współlokatorki śpią. Chyba mają jakieś ważne zajęcia, bo wyjątkowo szybko położyły się spać i wieczorem były cicho. Kurza stopa, czuję się tak jakbym tylko ja tutaj nie spała o tej porze. Wyglądam przez okno pokoju i gdybym nie wiedziała, że naprzeciwko jest blok, w życiu bym nie powiedziała, że cokolwiek poza wolną i ciemną przestrzenią się tam znajduje.
Mojej koleżanki z pokoju nie ma. Wróciła do domu. Od wczoraj czytam po nocy mangi i słucham muzyki jakiej zechce. Rzucam swoje ciuchy jak chce. Sprzątam kiedy chcę. Wietrzę pokój kiedy chcę. Hałasuję i poruszam się swobodnie. Poznałyśmy się dopiero na studiach (czyli niecałe 3 miesiące)i ku mojemu zdziwieniu układa nam się całkiem nieźle. W każdym razie nie wchodzimy sobie w drogę, a wręcz pomagamy.
Mimo wszystko już odzwyczaiłam się od dzielenia z kimś pokoju. Zwłaszcza z kimś obcym. Nawet na obozach letnich od kilku dobrych lat dzielę pokój z dwiema przyjaciółkami.
Dlatego też korzystam ile się da ze swobody jaką pozostawiła mi współlokatorka. Jestem jej z całego serca wdzięczna. Czuję jakbym strasznie dawno czytała dla siebie z przyjemności. Studia chyba męczą.
Wracając z zajęć przypomniał mi się komentarz do poprzedniego postu o bocianiej kupie. Zaczęłam się na głos śmiać. Babeczka prowadząca przede mną rower się obejrzała. Udałam, że to kaszel. xD




Do następnego pewnie już zestresowanego wizją nauki na kolokwia.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Drogi Święty Mikołaju...

Pierwsze Mikołajki bez prezentu w bucie/na stole w kuchni. He. Właściwie zapomniałabym o tej imprezie gdyby nie jakaś tam studencka inicjatywa z uczelni, czekoladowy mikołaj od Sąsiadek Muminków i piwo od Mikołaja (jednego z Muminków) ;).
W ramach zadośćmikołajenia stworzyłam listę rzeczy po znalezieniu których pod choinką nie pogniewałabym się nic a nic. Właściwie jakby nie patrzeć dwa prezenty już zostały zrealizowane: sukienka dzienna, którą kupiła mi uczelnia (za stypendium z uczelni) i chusta od babci zakupiona na ul.Warszawskiej,starsza ode mnie (marzyła mi się chusta Hermesa, ale babcina ma dusze-jest 100000000000000razy lepsza!).


1. Cokolwiek od Vivienne Westwood
2. Broszka (ceny tych kokardkowych zaczynają się od jedynych 200zł :P)
3. Książka tematycznie związana z modą
4. Nowe oprawki do okularów
5. Wielkie lustro do mojego pokoju w domu
6. Lusterko kieszonkowe (nie obraziłabym się za Anny Sui-takie samo jak na kolażu)

A foteczka rękawiczek to taka mała kokardkowa inspiracja.
Właściwie nie pogardziłabym też ładnym portfelem, może jakimś różowym...
Jakimiś ciekawymi rajtkami: błyszczącymi, z dziurami, kropkami, malowidłami też nie pogardzę.

Sukcesywnie sobie sama zrealizuję te prezenty! A co!

Wracając do spraw przyziemnych, anatomię ledwo bo ledwo, ale zaliczyłam. Histologia : 22/30 punktów ]:->.
Ale właściwie mam to gdzieś. Idą zaliczenia, zbliża się sesja i egzaminy ;(. MAMO! Ja chcę już do domu. Ubrać choinkę. Poodkurzać nowym odkurzaczem, którego jeszcze nie widziałam. Nienawidzieć świąt. Powkurzać się na rodziców, że mają świąteczną padakę i wcale nie odpoczywamy i świętujemy, tylko zasuwamy przy garach i sprzątaniu. Czekać na siostrzyczkę i jej męża. Iść na koncert Aliszji. Spotkać się z Badusią. Może z Panem Jarżą eN. też...kto wie.

Czuć zimę. Jeszcze 12 dni. 1 test zaliczeniowy. 2 kolokwia. 1 referat.

Do następnego

Ps. Przypomniało mi się xP Jak wracałam wkur*iona z anatomii do mieszkania to osrał mi buciczka ptak. Trochę mnie to rozbawiło. Jednak kupa ptaka szczęście przynosi! Anatomia fuxem zaliczona ^^. Hehe.

niedziela, 6 grudnia 2009

Domowy weekend

Właściwie w ten weekend jeszcze nie spałam w wynajmowanym przeze mnie mieszkaniu. Hue. W piątek byłam w Domu Muminków na 'Harrym Potterze', później godziny rozmów i nagle dobrze po 1. Mróz, daleko, sąsiadki zaprosiły mnie na noc.
W sobotę umówiłam się z dziewczynami, że zrobimy sobie sałatkę grecką, posiedzimy, pooglądamy tv i poobijamy. Zawinęłam do nich po 17. Około 19 poszłyśmy podręczyć Muminki. Pograłyśmy na konsoli, dziewczyny posiedziały na necie, 'Mam talent', a później Dragon Ball (napierd*alanka) do 1. <3.
Cofnijmy się do czwartku, kiedy to świętowaliśmy urodziny Informatyka (jednego z Muminków). Omal nie wylądowałam na noc u Muminków. Na całe szczęście na mieście spotkałam się z współlokatorką i razem w stanie nietrzeźwym powróciłyśmy na mieszkanie.
Podsumowując weekend na linii czwartek-piątek-sobota zaliczony do udanych.
Na mieszkaniu zamieszanie z okazji zwolnienia dużego pokoju. Lokatorka zza ściany dostała wczoraj jakiegoś szału, że to jej i E. (koleżance z pokoju) należy się ten pokój, a nie dziewczynom, które się wprowadzą tu od stycznia. Paranoja. Przed powrotem do mieszkania umówiłam się na spacer z dzielącą ze mną pokój dziewczyną, by spokojnie pogadać. Też miałyśmy ochotę na ten pokój. Wymyśliłyśmy losowanie. I znów oczywiście kto zaczął 'poważną' rozmowę w szerszym gronie? JA -,- ! Dżizassss! Kto tu jest dorosły ja się pytam.
Pewnie nieraz wspomnę o sytuacji na mieszkaniu, bo coś czuję, że zwyciężczynie (dziewczyny zza ściany) jeszcze czegoś będą chciały.
Histologio przybywam!

Pozdro 600!

środa, 2 grudnia 2009

Uczelniane prawdy objawione.

W sobotę, będąc jeszcze w domu postanowiłam sobie ciężko, że zacznę lepiej ubierać się na uczelnię. Bo dzień w dzień bez zastanowienia chwytam byle jaki czysty t-shirt, czyste jeansy i bluzę we wtorki (bo po wykładach lecę na techniki relaksacyjne),a resztę tygodnia sweter. NUDA! Jak postanowiłam tak nie zrobiłam.
Poniedziałek i dziś miałam to samo na sobie. Jeansy, t-shirt i z zachcianki żakiet. Dziś uświadomiłam sobie, że góra całkiem guzikowa. I na rękawkach koszulki guziki i marynarka ozdobiona guzikami. Od razu na myśl przyszła mi piosenka Wyclef'a Jean'a i Will.I.am'a 'Let me touch your button'
We wtorek w dziekanacie między 14 a 17 miały stawić się wszystkie osoby z I roku mojego (i tylko mojego) kierunku, które nie były na inauguracji roku akademickiego. -,- Żal. Polazłam tam tylko dlatego, że o 14 kończyłam w tym samym budynku chemię. No i tak dowiedziałam się od 'przemiłej' pani rektor/dyrektor/ch*j-wi-kto, że 'student nie ma spraw osobistych'. Myślałam, że padnę. Zniesmaczona wróciłam do mieszkania i po rozmowie z współlokatorką nareszcie poszłam spać! Na trzy bite godziny ^^ xD. Odpoczęłam. Uf. Obudziłam się o 19 i poskubałam trochę anatomii.
Jutro kolejne urocze koło z anatomii. Już rzygam tymi kośćmi. Wolałabym pouczyć się czegoś innego :C. Znając życie jeszcze za tym zatęsknię. Czuję, że jak zwykle jutro przed wyjściem na laboratoria w panice czegoś tam się nauczę, a z reszty zrobię ściągę. Tyle, że jutro będzie wyjątkowa anatomia i odpytywanie przy szkielecie. Zdechne. A może nie?
Humor już lepszy. Natali wraca do formy co mnie bardzo uradowało dziś i naładowało energią. Jutro po anatomii zaliczonej czy nie planuję iść z dziewczynami (sąsiadkami Domu Muminków) do kina. Czyli chill.

Do następnego oby anatomicznie zaliczonego.



Ps. Miałam wstawić zamaist foteczki teledysk, ale czas pobierania wyskoczył mi 12 godzin. Podarowałam sobie. Jak kto chce niech włazi na linka i słucha.
Ps2.Teraz (21XII2009r.), kiedy jestem w domu zamieszczam teledysk ;)

poniedziałek, 30 listopada 2009

Jestem głupia

Dziś ostatni dzień listopada. Za dwa tygodnie zaczną się zaliczenia. Wcześniejsze wypowiedzenie równa się padace i zapieprzowi. A później już tylko misja dom.
W sobotę spotkałam się z Ewą. Oczywiście było milutko i gadatliwie. Tak się zastanawiam czy ja do domu nie jeżdżę czasem tylko po to żeby sobie pogadać i pospać. No i oczywiście na zakupy.
Ubrałam się hm...Nie wiem. Luźno, ale z zachcianki odstrzeliłam mocną tapetę. Cały zestaw już właściwie wystąpił premierowo na urodzinach Natali (przez jedno i).
Odstrzeliłyśmy mały clubbing. Jednocześnie tego sobotniego wieczora nastąpił start złej passy. Wypłaciłam nie z mojego bankomatu kasę = pożarło mi 5zł w kosmos za darmo. Dwa kroki był mój bankomat. Później tylko stękałam 'moje 5 zł ;('. W niedzielę wielkie powroty na studia. W sumie podróż całkiem spokojna. Ale oczywiście mój brak umysłu logicznego, bystrego, zapobiegawczego, a przede wszystkim myślącego pokazał co potrafi! Wyładowałam torbę podróżną na kółkach (nie po brzegi). Równomiernie. Mimo to kawałek materiału szurał po ziemi. Byłam przekonana, że to spodnia warstwa (skrywająca stelaż torby) sobie szura. Dziś rano przy wyładowywaniu okazało się, że zepsułam torbę. Przy okazji laptopowi też się oberwało i zbiłam przez to jeden róg obudowy. Nie wiem czy przy okazji nie uszkodziłam komputera, bo troszku net się skiepścił.
Jestem głupia! Głupia po tysiąckroć!
Cudem uniknęłam bani z kolokwium. Dobrze jest mieć w grupie same laski i prowadzącego ćwiczenia uległego faceta. Dało się go ubłagać, żeby nie pisać sprawdzianu.
:C jestem głupia.
Do następnego, oby lepszego samopoczuciowo.

piątek, 27 listopada 2009

Jestem stara, czyli dziecięca naiwność.

Siedzę właśnie w stajni, a właściwie na pastwisku z końmi (laptop z przenośnym netem to błogosławieństwo). Pilnuje ich. TAK! Dziś robię za końskiego bodyguard'a. A ta niebezpiecznie paradoksalna sytuacja zaczęła się tak...

Łaziłam sobie wczoraj po sklepach i sklepiczkach. Upatrzyłam sobie fajną książkę, parę fajnych spódnic, ale doszłam do wniosku, że poczekam na wyprzedaże. Butów nie ma. Trudno. Już poszłam do drogerii-mojego ostatniego punktu programu zakupowego i dzwoni do mnie telefon. Właścicielka stajni. Odbieram uradowana, że pewnie chce żebym wpadła do niej i koni i w ogóle...Jakże moja radość była bezpodstawna. Okazało się, że bez jej wiedzy i zgody zarazem na jej prywatnym terenie przebywały jakieś dwie (ze sprawozdania sąsiada) na oko 16-letnie dziewczynki. Brały sobie sprzęt, używały i jeździły na Karej -,-. NA KAREJ! Na Karej, na której jeździć nie można (względy zdrowotne)!!! =,- Bezczelne gadały sobie jak gdyby nigdy nic z sąsiadem, 'sprzątały' boksy i ruszały leki i inne przedmioty.
Najprawdopodobniej delikwentki zwiały jak tylko usłyszały, że Pani Dorota przyjechała, bo wszystko było porozrzucane. Pani D. obdzwoniła wszystkich czy nic przypadkiem nie wiedzą. Nikt nic nie wie. Zaproponowałam, że dziś przyjdę na trochę, zerknąć do koni w czasie, gdy nie będzie nikogo w domu.

No i przychodzę na umówioną 13. Otwieram kluczem furtkę. Psy witają mnie jazgotem. Dzwoni mama. Ja uradowana specjalnie głośniej gadam przez telefon. Zadowolona, że pewnie gdyby ktoś obcy znów miał się tu pojawić, to na te hałasy już uciekł nie mogę uwierzyć moim własnym oczom. KTOŚ OBCY STOI PRZY KONIACH!!! Oba przywiązane lonżą i uwiązem do ogrodzenia. Dżizas. Nie życzę tego nikomu. We łbie miałam opcje: dzwonić na policję, dzwonić do właścicielki zanim obce mnie zobaczą, gonić obce zanim zwieją.

Zrobiłam tak. Zacisnęłam pięści. Obczaiłam jak silne są. Podeszłam i pierwsze co zaczęłam oswobadzać koniulce. Oczywiście pełen wkurw i miałam ochotę w twarz im wrzasnąć niedelikatnie: WYPIER*ALAĆ! Powstrzymałam się. Zdenerwowana acz spokojna zadałam pytanie skąd się tu wzięły i wyłożyłam jak niepoważne są. Zrozumiały. Przestraszyły się. Chciały iść. O nie,nie! W związku z tym, iż to nie moja posesja zadzwoniłam do właścicielki, co robić. Chciała z nimi rozmawiać. Rozmawiała.

To zajście jest przerażające z kilku powodów:
1.coś mogło stać się koniom
2.coś mogło stać się tym dzieciakom
3.pomyślcie sobie, pomijając kwestię końską: ktoś wchodzi do waszego domu, pod waszą nieobecność i gotuje, bo kocha gotować.
Schiza na maxa. I strach.

Wiecie, jestem stara. Kiedyś też miałam odwagę na głupie i nieprzemyślane głębiej czyny. Miałam w sobie mniej wstydu. Uleciała ze mnie (chociaż nie do końca) dziecięca naiwność. Mimo tego nigdy nie miałam w sobie tyle tupetu, by naruszać czyjąś prywatną posesję bez zgody właściciela!

Teraz co kilka minut się rozglądam naokoło, czy ktoś obcy się nie zbliża i mam pospinane mięśnie ^^. Padaka, a raczej pełna gotowość do obrony. Hehe.

Poza tym konie całkiem milutkie dziś dla mnie. Powygłupiałam się z nimi. Pogadałam. Poczyściłam. Pokarmiłam. Teraz obok się szwendają i po buraczanym poczęstunku przygotowanym przeze mnie wsuwają trawsko. A śmieszne bażanty przychodzą do płotu z lasku i co wstanę to zwiewają xD.

A wczoraj spotkałam się z Alutkiem. Zechlałyśmy sałatkę, wypiłyśmy piwo, a później przeniosłyśmy się do innego (oddalonego o niecałe 100m) lokalu na drinka dla niej, dla mnie czekoladę na gorąco z bitą śmietaną ^^. To był tak przemiły wieczór! Na studiach nie mam z kim odstawiać takich clubbingów :C.

Ubrałam się trochę dla jaj, trochę z kaprysu, trochę z zachcianki całkiem męsko. Jedynym damskim akcentem były rajstopy prążkowane i obrączka z cyrkoniowym oczkiem.
A jutro spotkanie z Badusią! A dziś beuty day, bo moja skóra woła o pomstę do nieba.

Lecę do domu, bo mi ręce zmarzły i w kuchni posprzątać :P

Do następnego!

poniedziałek, 23 listopada 2009

Retikulum

Za pół godziny wychodzę na uczelnię. Na kolokwium. Na zmarnowanie. Na zgłupienie.
Histologia...wiem po co mi ten przedmiot. Wydaje się być całkiem przydatny. Mimo wszystko budzi we mnie przerażenie. Nie mogę spamiętać tych wszystkich funkcji, składników budulcowych, umiejscowienia lizosomów, mitochondriów, proteasomów, , centrioli, itd. Wczoraj uczyłam się. Fajnie, że w 1/2 nauczyłam się nie tego co trzeba -,-. Nie ma to jak zmarnować kilka godzin.
Pocieszam się tym, że po oddaniu testu do rąk doktora Neo (tego od Matrix'a) odjadę do domu. Co prawda tylko myślami, ale w środę o 5 rano zrobię to już całkiem fizycznie.
Jeszcze 2 dni.
Jeszcze 2.
Jeszcze!

Do następnego.
Ps.1 A że lenistwem dziś się nie wykażę, to wklejam obrazeczek komóreczki ;]. NIENAWIDZĘ HISTOLOGII!!!
Ps.2 Tytuł postu taki, a nie inny, bo kiedy po raz pierwszy na zajęciach usłyszałam nazwę 'retikulum' zrobiłam niewybredną minę o.O, pomyślałam WTF?! i nie umiałam tego nawet poprawnie zapisać ^^. I tak nienawidzę histologii :C.

sobota, 21 listopada 2009

Vivienne

Ale kurde mega kac-zmęczenie mnie dopadł. Coś jest zdecydowanie nie tak! Może to grypa w dziwnym wydaniu? Nie wiem. Wiem natomiast, że zdycham i nic mi się nie chce od czwartkowej imprezy.
W piątek bez problemu wypełzłam na wykład. Dumna z siebie, że szybciutko wróciłam do normy załamałam się w sali. Nie miałam siły podnieść dłoni i utrzymać w niej długopisu, a do notowania było sporo. W żołądku mi się kotłowało i tylko jedna myśl: nie zemdlej. Nie wiem jak to jest, ale czułam jakby walnął we mnie tir.
Szukałam półbutów. Jakichkolwiek. Niekoniecznie fajnych. Byle estetyczne były. NIC!!! Przeklęte miasto! Nie dość, że wykończyłam w nim: glany, sashki i lakierki, to jeszcze żadnych znośnych nie spotkałam :/. Dlatego też cały piątek biegałam po mieście w trampkach (t-shirt'cie i swetrze).
Nie wiem czy wiecie jak to jest, kiedy macie umówione pochlaj-spotkanie i nic o tym nie wiecie ^^. Ja już wiem. Dom Muminków cały tydzień (podobno) był przekonany, że dziś wieczorem zjawię się u nich z flaszką i sobie coś razem poknujemy. Kiedy próbowałam ich na to namówić w poniedziałek milczeli, ani słowo aprobaty, ani negacji,ani pocałuj nas w dupę. No to sobie znalazłam kogoś kto był w stanie się określić. Fajnie, że mnie zaprosili czy cokolwiek. Faceci -,-.
Zachorowałam na ciuchy Weswood'owej. Jestem okropna. Nie powinnam, a jednak mnie trafiło ;C. Ubrania proste, ale wyjątkowe i ponadczasowe. Ja chcę czerwony płaszczyk, biały top, torebkę, rękawiczki, portfel i komplety saturnowej biżuterii!!!
Dobra, chustą z jeździeckim motywem od Hermes'a też bym nie pogardziła xP. Zamieniam się w snobo-burżuja. Hehe.
Tak mi się coś wkręciło z tą Vivienne, gdyż zaczęłam myśleć o prezentach na święta. Żeby nie było, że jestem taką egoistką co to najpierw myśli o sobie, zaczęłam od marudzenia: znowu kłopoty z prezentami, co komu dać, itp. Później zaczęłam grzebać w sieci wyszukując ciekawe inspiracje. Na końcu zadałam sama sobie pytanie: co ja bym chciała dostać w tym roku? Wyszła dłuuuuuga wishlista. Postanowiłam, że już niedługo chociaż jedną rzecz z niej sobie zakupię. Tak, żeby polubić w tym roku znienawidzone przeze mnie święta. Może się uda...

piątek, 20 listopada 2009

Pieniądze to energia.

Dobra. Przyznaje. Zawsze byłam walnięta na punkcie kasy i strasznie oszczędzam. Każdy wydany grosz na głupotę lub coś drogiego w moim odczuciu to grosz zmarnowany i gryzie moje sumienie. Na studiach wolę kupić paczkę sera 400g, która starcza mi na dobry tydzień niż szynkę na którą mam ochote. Argument: mięso jest droższe. Później wracam do domu i rzucam się na wszystko w lodówce (kochana mama,zawsze wypełni ją po brzegi) doprowadzając się do przejedzenia i okropnych bólów brzucha. Chore! Niemiłe! Głupie!
Niedawno przeczytałam w jakiejś książce coś co mnie olśniło. Pieniądze to energia, a energia musi płynąć. Pieniądze z jednej strony kojarzą się nam z czymś złym, obrzydliwym, ale z drugiej podziwiamy osoby bogate i zamożne. Pieniądze dotykają wyłącznie sfery materialnej, ale ona tyczy się naszego ducha. Jeśli każdy grosz to dla nas ciężkie wyrzeczenie, ogromny wysiłek włożony w jego zdobycie tym szybciej się go chcemy pozbyć. To my nadajemy sens forsie. Muszę zacząć racjonalnie podchodzić do tego tematu. Dziś po raz pierwszy nie odmówiłam sobie zakupu niczego na co miałam ochotę. Nie czuję się winna. Czuję się spokojna i nie mam w głowie ciągle jedzenia na które mam ochotę, ale sobie nie kupię, bo pieniądze. Sick!
Wczoraj wraz z współlokatorkami i dwójką znajomych urządziliśmy sobie 'studencki czwartek'. Najpierw wódka u Łukasza. Przegięłam -,-. Najgorsze jest to, że dopiero jak wstaliśmy od stołu, żeby wyjść na miasto uderzyło mi do głowy. Z jednej strony żal, ale regeneracja, wizyta w toalecie i cztery godziny non stop na parkiecie i byłam jak nowa ^^. Śmieszy mnie to do tej pory, ja która tańczyć nie potrafi i nie lubi przehulałam do końca z moją współlokatorką. Muzyka była okropna, ale procenty niwelowały wszystkie densowe defekty. Ciekawi mnie tylko jedno, jak to się stało, że zmieniły się ustawienia w moim telefonie ??? Eh, jednak mam luki w pamięci.
W związku z tym, że wszystkie moje buty na płaskiej podeszwie, które tu zabrałam umarły ubrałam oxfordy, a wracałam w trampkach, które zabrałam na zmianę. Ten pomysł okazał się zbawienny. Nie wyobrażam sobie po tylu godzinach tańczenia na obcasach wracać w nich do domu xP. Reszta to standard. Nic szczególnego jak imprezy tutaj.

niedziela, 15 listopada 2009

Mniej żalu

Zakupy się udały, choć w moim odczuciu trochę zbytnio poszalałam. Pocieszam się tym, że płaszcz to inwestycja na kilka sezonów (oby). No właśnie. Mój główny zakupowy cel, czyli płaszcz na zimę to było jedno wielkie cenowe zmiażdżenie. Mojej mamie udało kupić się płaszczyk za ok.250 zł. Mi każdy który się spodobał i był dobry zaczynał się od ok.350zł -,-. Jakże przepiękne płaszcze widziałam w jednym sklepie...a jakże drogie. Ich ceny zaczynały się od 900zł ;C. Minusy w nich widziałam dwa: cena i grubość (były baaardzo cieniutkie). Z resztą, to były jakieś marne dla mnie zakupy. Większość rzeczy jakie mi się spodobały była za droga.
Wróciłam z płaszczem, dwoma zegarkami, dwoma paskami, dwoma parami ciepłych skarpetek, tuniką i żalem pozostałym po tamtych drogich rzeczach (a zwłaszcza płaszczach). Kiedyś będę burżujem! I będę sobie kupowała prześliczne płaszczyki za 900zł! Zobaczycie!
Wczoraj pojechałam do Aliszii. Ploty, ploteczki, rozmowy o facetach i takie tam. Podobało mi się okrutnie. Było tak otwarcie. Oczywiście na to spotkanie wystroiłam się przy pomocy Badeczki, która wybrała jeden z dwóch zestawów.
Tunika z półgolfem wykończonym falbanką, na rękawach i karku ma małe łezkowate rozcięcia zapinane na guziczki w militarnym stylu. Zegarek biżuteryjny z cieniutkim czarnym paskiem i brązowo-złoto-opalizującym kolorze. Reszta znana.
Teraz leżę w ciepłym łóżku. Przed godziną wyszli znajomi. Pojadłam, popiłam i się uśmiałam. Boli, a właściwie przygniata mnie klatka piersiowa. Czy to żal, że jutro nie będę zasypiała tutaj?

Do następnego.

czwartek, 12 listopada 2009

Śmierć na 3?

We wtorek wieczorem wróciłam do domu. Odebrała mnie Bada. Pojechałyśmy do mnie. Spędziłyśmy razem całą noc i cały następny. Prawdziwe święta z wystawnym obiadem. Przyjechała też siostra z mężem.
Dobrze jest, kiedy rozmawiasz z kimś o tym co czujesz bez obawy, że ktoś nie będzie Cię słuchał, a Ty nie zostaniesz usłyszany. Dialog na kosmicznie wysokim poziomie, takim dotykającym gwiazd w porównaniu z ludźmi ze studiów. Kiedy drzwi za Badą się zamknęły w środę wieczorem byłam pusta, opróżniona. Rano zbudziłam się ze smutkiem. Sama nie wiedziałam czemu, ale krótka rozmowa z moim prywatnym Wirtualnym Psychologiem (znajomy z sieci) i ten smutek chyba wyniknął z tego, iż przyjdzie mi to wszystko w niedzielę już opuścić. To takie żałosne, przecież ja tu wrócę za jakieś dwa tygodnie... Moja głowa zawodzi mnie samą. Baka! Baka! Baka!
Dziś cały dzień w stajni. Zginęłabym trzy razy xP. Raz dostałabym w brzuch z zadnich nóg. Drugi raz prowadząc konia, który zaczął się wiercić i denerwować, wspiął się, a ja bezwładnie rozjechałam się na błocie i upadłam. Konik (o jakże adekwatnym imieniu Urwis ^^) przegalopował po mnie. Nie mam pojęcia jakim cudem, ale nawet nie musnął mnie kopytem. Po wyszykowaniu Urwisa na jazdę wróciłam po kask i rękawiczki. Zamyślona przyrżnęłam okiem i nosem w metalową kratkę od boksu -,-'. Łzy z lewego oka ciekły mi ciurkiem. Pewnie będzie małe lajpo xP Żyję.
Zapach i ciepło konia. Praca z nim w siodle. Skupienie tylko na tworzeniu harmonii. Konie wyciągają ze mnie zbędne myślenie i dają siłę. Najwspanialsi terapeuci.
A jutro trzeba mi będzie wstać o 6. Dzień zakupów. Czy wspominałam już, że co przyjadę do domu kupuję sobie jakieś ciuchy ^^'? Hehe. Zobaczymy czy coś ciekawego wpadnie mi w łapy.
Do następnego.
PS. Trochę przysiadłam i przejrzałam parę japońskich gazetek. Kolaż ze znalezionych kokardkowych inspiracji.

sobota, 7 listopada 2009

Hekatomba w sprawie mojego rozpadu

Wróciłam w poniedziałek całkiem spokojnie. Może trochę zmęczona i zziębnięta. Ale żywa. Tak zaczął się najgorszy tydzień w życiu. Hekatomba ku mojemu rozpadowi.
Tak, nie jestem wesolutka. Trzymam się jednak, a przynajmniej przytrzymuje ludzi stąd. Z mieszkania, z Domu Muminków, z mieszkania sąsiadek Domu Muminków. Kogokolwiek.
Anatomia w plecy. Podeszwa od lewego buta jesiennego została wczoraj na klatce, odpadła. Przenieśli mnie bez mojego pytania do innej grupy laboratoryjnej. Nie mam siły i nastroju iść do dziekanatu i kłócić się o przywrócenie do starej grupy. W środę wracam do domu.
Czesie, płyń szybciej. Błagam.

Do następnego i zapewne lepszego.

PS.Nie kupie już nigdy butów z Marisha'y!!

niedziela, 1 listopada 2009

Jutro nie będzie tak

I kończy się kolejny weekend w domu. Oczywiście znów w szaleńczym tempie. Od samego początku (wyjazdu o 4.26) do teraz ciągły bieg. Nie jest to pęd smutny i okupiony wielkim skupieniem. Pełno przy nim uśmiechu i zniecierpliwienia budzonego przez pytanie 'kiedy ich zobaczę?!'.
Sama podróż to był wyścig z czasem. Na przesiadki w dwóch miejscach miałam planowo 3 minuty, a pociągi którymi dojeżdżałam do tych miast były opóźnione. Szanse, że uciekną mi sprzed nosa były większe niż 100%. Czekały. I tak 12.33 byłam już w swoim domu. Widok pełnej lodówki z mięsem i jogurtami...tego nie da się opisać. Spróbowałam wszystkiego co było pod ręką. Usiadłam do sprawnego komputera. Pogadałam ze znajomymi. Położyłam się spać na dwie godziny.
Obudziłam się. Moja mama wróciła z pracy. kiedy rozmawiałyśmy przez telefon namawiała mnie na zakupy. Ja byłam sceptycznie nastawiona, jednak ta drzemka i widok mamy przekonały mnie. W ten oto sposób mam buty na zimę, nową parę czarnych sztruksów, beret i dwa t-shirty. Teraz postanawiam, iż niczego sobie nie kupię! Będę się już tylko za płaszczem na zimę rozglądała. Oczywiście kupiłam jeszcze mnóstwo drobnicy typu kubek, teczki i inne papiernicze. Mniejsza z tym.
Wieczorem był sprint od Weroniki, której miałam zanieść książki do pubu w którym robiłyśmy urodziny Agacie Aktoreczce. Ode mnie otrzymała żel pod prysznic czekoladowy i świeczkę także czekoladową. Pierwszy prezent z miasta gdzie studiuję ^^.
Mydlarnię, w której wybierałam podarunek poleciła mojej grupie prowadząca zajęcia z technik relaksacyjnych. Ceny przystępne i ogromny wybór. W sklepie spędziłam z pół godziny miotając się od półki do półki, nie mogąc zdecydować się na zapach. Chyba będzie to mój ulubiony sklep z asortymentem prezentowym :>. Hue.
Na urodzinach było przemiło. Jakże inaczej mogło by być z Bohemą? Eh...jaki to relaks móc rozmawiać i rozmawiać i śmiać się i czuć zrozumienie i stabilność.
Wczoraj rajd po cmentarzach oraz odwiedziny rodziny (nie czuję, że rymuję :P), by wieczorem lecieć na spotkanie z Badeczką i Panem Jarżą N. Dałam ciała, bo jakaś zmęczona byłam. Nie siedziałam długo. Mimo tego było super. Znowu czas razem, tylko w trójkę i kupa śmiechu.
Dziś zrobiłam przyjemność rodzicom i poszłam z nimi do kościoła. Później na grób znajomego i seszyn z Badeczką jej nowym sprzęciorem. O.O tyle powiem. Takich fotek to ja w życiu nie miałam. Taka jakaś ładna na nich wyszłam :D. Jak nie ja. Hehe.
I było tak normalnie. Zwyczajnie. Zupełnie tak jakbym jutro miała się obudzić i iść do liceum, a później pewnie spotkać się z Badą. Niestety, jutro obudzę się i pobiegnę na pociąg, by tłuc się 300km na studia.

Do następnego.

Ps. Set z urodzin. Nowe portki i t-shirt z Housa, torebka dla ożywienia i współgrania z granatem bluzki i apaszki (której tu nie ma). Sweter z bufkami kupiony poprzednim razem w Quiosque. Oxfordy pożyczone od mamy, bo miałam ochotę na obcasy.

czwartek, 29 października 2009

Mózgowe odseparowanie

Kolokwium z chemii tak jak się spodziewałam zaliczyłam. Dziś sprawdzian z anatomii...Od początku wiedziałam, że łatwo mi się wyuczyć tego nie będzie i od kilku dni podchodziłam do tych kości zapamiętując pojedyncze nazwy części.
Przed wyjściem na chemię miałam ciężkie postanowienie, że będę się uczyć. Po powrocie niby coś już zaczęłam szukać o osiach i płaszczyznach ruchów ciała człowieka (co stanowi tylko fragmencik tego co umieć powinnam), ale później ogarnął nas dobry humor i zaczęłyśmy się wygłupiać z współlokatorkami. Wyszykowałyśmy się i wszyscy na 17 pojechaliśmy na szkolenie BHP. Ja z koleżanką z pokoju, by odrobić sobie i nie musieć iść dzisiaj na te zajęcia, a druga współlokatorka zgodnie ze swoim planem. Na szczęście miałyśmy podwózke ]:->. Babsko od BHP powiedziało, że dla naszego kierunku nie prowadzi i nie zaliczy nam -,-. Lekkie zdenerwowanie, ale później w wyniku zawirowań okazało się, że możemy o 18 to odrobić z innym kierunkiem :D.
Wróciliśmy do mieszkania. Wypiliśmy, zjedliśmy, pogadaliśmy i po 21 wyruszyliśmy na miasto. Najpierw nasz driver zabrał nas w tajemnicy nad jezioro. To było takie miłe. Pierwszy wieczór, gdzie robiłam coś z ludźmi i nie było ani kropli alkoholu :). Brakowało mi tego. Następnie udaliśmy się do parku. Nałaziliśmy się, pogadaliśmy, pośmialiśmy. Trochę czułam się jak piąte koło u wozu, bo utworzyły się dwie pary i ja ^^.
Było przecudnie i przespokojnie. Tak, nie umiem na anatomię, którą mam za 3 godziny. Nie zaliczę teraz, to innym razem. Oby :P.
Przede mną jeszcze tylko niezaliczenie z anatomii, samotna noc w mieszkaniu i jutro ok.13 powinnam już być w domu.
No dobra, wiem że będzie mnie gryzło sumienie z powodu tej anatomii, ale co ja poradzę, że wczoraj było tak dobrze? W sumie, to już mam wyrzuty sumienia ^^'.
Do następnego.
Ps. Foteczek nie będzie, bo jestem leniwa! O!

niedziela, 25 października 2009

Niedzielne spacery i niespodziewane ciepło

Zasnąć nie mogłam długo w nocy, a w południe miałam iść do koleżanki (sąsiadki Domu Muminków) oddać jej kartę pamięci. O 10.30 zadzwonił budzik. Nie chciało mi się wychodzić z łóżka, ale w kilka sekund zerwałam się. Wiedziałam, że dłuższe wahanie zaowocuje niedzielą w łóżku i przeprosinami do niedotrzymanej obietnicy zwrotu karty.
Zanim wpadłam do łazienki przez okno w kuchni zobaczyłam niesamowity widok. Słońce świeciło na całego, zero chmur, zero wiatru...Co było robić, po kąpieli zjadłam śniadanie i nawet się ucieszyłam, że nie będe musiała tych 25 minut maszerować w zimnie. Niestety przy konsumpcji śniadania (rosołu) uświadomiłam sobie, że obudziłam się o godzinę za wcześnie -,-. Zapomniałam o zmianie czasu.
Przytachałam komputer do kuchni i przy otwartym na oścież oknie zapijałam herbatkę z cytryną i słuchałam muzyki grzejąc twarz w promieniach wpadającego słońca. Miałam się uczyć...ale ten przepiękny dzień, jego nie można było zmarnować! Pierwsza myśl, to wycieczka nad jezioro. Moja współlokatorka myślała o tym samym.
Sms do Medyka Ja:Jak się czujesz? On:Wyspany Ja:Jedzmy nad jezioro! On:?kto Ja:Ale co kto,zabieraj dziewczyny i chłopaków,mamy autobus pod samo jezioro On:Ale o co chodzi? -i powiedzcie mi, że mężczyźni nie są głupi i niedomyślni -,-
Po tej czarującej rozmowie zadecydowałam wykonać telefon i wytłumaczyć mu niecny plan. Oczywiście milion argumentów na nie. Już byłam gotowa odpuścić, jednak współlokatorka przejęła słuchawkę i kontrolę nad tymi leniami i tak zgodzili się ^^.
Wyszykowałyśmy się,a w międzyczasie martwiłyśmy o inną współlokatorkę, z którą nie wiedziałyśmy co się dzieje. Miała wyłączony telefon, a nie wróciła na noc. Na szczęście szybko się odnalazła.
W świetnym humorze wyruszyłyśmy na przystanek. Podjeżdża autobus. Już jedną nogą w nim jesteśmy, a Muminki informują nas, że nie jadą nad jezioro tylko idą =,-. Dżizas!! Gdyby nie to słońce i ciepło nie poszłabym do nich, jednak mały spacer w tak śliczny dzień nie był problemem i nawet długo się nie wkurzałam na nich.
Oczywiście zanim zebrałyśmy towarzystwo z obu pięter minęło ok.15 minut, ale już po 13 byliśmy w drodze.
Słońce na moich plecach, szyi, dłoniach i twarzy. Ciepło. Ludzie i rozmowy z nimi. Śmiech. Wspomnienie niedzielnych spacerów. Kawałek domu powrócił do serca. Plany z nimi (Muminki+Sąsiadki Muminków) na wspólne wypady. Nie wierzę by się spełniły. Mimo to przyjemnie jest tak sobie posnuć wizję miłego wypadu do Pragi.
Powinnam wkleić zdjęcie dzisiejszego setu. Tak samo powinnam się uczyć dziś anatomii, histologii i chemii. W ramach solidarnego niespełniania powinności zestaw kiedy indziej.Nauka równeiż.
Dla tak przewspaniałego dnia mogę nawet dostać banię z kolokwium!

Do następnego

PS.Zdjęcie z dzisiejszego spaceru na którym brakuje jednej Sąsiadki Muminków, ktora z nami się wybrała a robiła to zdjęcie.

sobota, 24 października 2009

Szalone zakupy i skromna japońska prasówka

W środę zostawiłam komputer w Domu Muminków pod opieką Informatyka. Przy okazji dzięki życzliwości Medyka wydrukowałyśmy z współlokatorką zaświadczenia z banku niezbędne do podania na uczelni. W czwartek zgłosiłam się po mój nienaprawiony komputer i napisałam poprzednią notatkę.Jak się okazuje mój komputer jest uszkodzony, ale jedynie (a właściwie AŻ :C) gadu-gadu i poczta nie działają.
Chłopaki zaczęli oglądać filmy... Tak wielkiego ekranu w życiu na żywo u nikogo w domu nie widziałam o_O. Burżuje. Nie zmienia to faktu, że komfort oglądania jest mega. Zostałam. Obejrzeliśmy mój ukochany 'Moulin Rouge' i kilka innych filmów. Usnęłam na którymś tam z kolei -,-. Obudziłam się, a tu północ za kilka minut!!! Na szczęście kawałek mnie odprowadzili, chociaż już proponowali nocleg. Jednak ja nieugięta i chora naciągnęłam ich na krótki spacer. Żałuję, że kazałam im wracać do domu tak szybko, bo dosłownie trzy minut dalej zaczepiał mnie jakiś koleś :/. Ale, ale! uśmiech numer pięć i na pytanie 'czy podwieźć panią na dworzec? pani ma buty na obcasach, możemy podrzucić' odpowiedź 'nie,dziękuję bardzo' i rura do przodu :P.
Piątek bez humoru przeleżałam cały w łóżku. Dogrzałam się, wyspałam i może troszkę ozdrowiałam.
Dziś za to budzik zbudził mnie o 9.00. Prysznic, śniadanie, gadanie z dziewczynami i śmiechy :). Obrażone współlokatorki już się odobraziły i chyba już wszystko w porządku. Już nie chce mi się stąd wyprowadzać. Tak właśnie dzisiaj sobie pomyślałam, że gdyby życie było wieczną sielanką, to byłaby katastrofa. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Tak przynajmniej jest ciekawie i te drobne głupawe perypetie pozwalają nie myśleć o poważnych problemach.
Wracając do dnia dzisiejszego, wybrałam się na krejzi shopping. Zakupiłam całą siatkę warzywek, puder i parę innych niezbędnych rzeczy łącznie z doładowaniem telefonu. Żeby znaleźć zwykły, czarny t-shirt nałaziłam się jak głupia po tej mieścinie -,-. Jeden, ostatni, długi czekał na mnie w Big Starze. Nie byłam do końca przekonana, ale wzięłam go. W domu okazał się idealny do moich jegginsów z H&M'u ^^.
Haha! Pierwszy raz od czasu keidy jestem tutaj kupiłam sobie mięso! Dwie nóżki z kurczaka, parówkę i dwa plasterki szynki. Ugotowałam sobie rosołek na kurce i wyszedł nawet zjadliwy xP. Teraz to już muszę koniecznie wyzdrowieć!
Po obiedzie postanowiłam przejrzeć dwie japońskie gazetki i oto co wygrzebałam. Niewiele, bo zaledwie dwie ściągnęłam, co i tak zajęło ponad godzinę xP.
PS. Przyszedł mój naszyjnik wzorowany na Saturnie Westwood'owej!!! Mama przez telefon odpakowała i powiedziała, że całkiem spory ten wisior... No trudno, jak będzie tandeta, to zawiśnie na ścianie ^^. Hue. Już się nie mogę doczekać. Już knuję jak tu zawinąć do domu w czwartek :F

Do następnego!

czwartek, 22 października 2009

Awarie

Dopadła mnie awaria, a właściwie awarie. Po pierwsze awaria komputera. Jestem odcięta od świata i rozpaczam :(. Wieczorem nie mam co robić. Zalegam całymi godzinami w łóżku. Może to i dobrze, bo dopadła mnie także awaria organizmu.
Od niedzieli ok. północy jestem chora. Raz jest lepiej, a raz gorzej. Jedno puszcza, drugie mocniej dokucza. Jestem na etapie osłabienia kataru, wzmocnienia bólu głowy i uczucia miażdżonej klatki piersiowej z suchym kaszlem.
Na zajęciach wysiedzieć w skupieniu nie mogę. Duszę się -,-. Ble.
Już za tydzień pierwsze dwa kolokwia ^^. Jedno może zaliczę, drugie... będzie ciężko.
Obrazeczków nie będzie. Nie mam siły i swojego komputera :(.
Do następnego...kiedyś tam.

sobota, 17 października 2009

Weekend nijskości

O 11 obudził mnie telefon. Rodzice. Rozmowa na Skype, a później myśl co by tu porobić. Zerknięcie przez okno, nie pada. Jest! Przez chwilkę nawet słońce zaczęło przebijać się przez chmury. Umówiłam się ze znajomą (sąsiadka mieszkająca nad Domem Muminków) i już po 13 byłam gotowa. Pocykałam coś tam. Nie wyszło tak jakbym chciała. Znów trzeba będzie porzucić aparat na parę miesięcy...
Rodzi się we mnie ochota wyjazdu z Nysy, ale nie do domu. Po głowie chodzi mi Warszawa, Bydgoszcz, może Wrocław...Zobaczę w następnym tygodniu, czy dziewczyny znowu mnie zostawią na pastwę rozeźlonych współlokatorek xD. Bawi mnie ich postawa przeokropnie i chwilami nie wytrzymuje by parsknąć śmiechem w ich obecności. Jestem bezczelna, ja wiem ]:->.
Zginął mi but ;( Nie wiem jak do tego doszło. Wróciłam w czwartek (właściwie piątek) ubrana w dwa butki. Rano był już tylko jeden. Do dziś nie mam pojęcia co się z nim stało. Niestety w ten sposób została mi para glanów i jazzówki, które raczej na ta pogodę nie są odpowiednie. Co ja mam teraz zrobić -,- Cholerne studia! Nawet buta ktoś musiał mi zabrać.
Na jutro mam już zaplanowany spacerek do dziewczyn-sąsiadek Muminków. Zrobię sobie paznokcie, a o 21 wrócą współlokatorki.
Zestaw-nowy sweterek z Quiosque z bufiastymi rękawami. Był przeceniony i ładny i w moim rozmiarze, to go wzięłam :P. Do tego wygodnie i prosto,jeansy i bokserka.

piątek, 16 października 2009

Statystyczna nic nie warta środa

Kiedyś, gdzieś usłyszałam czy też przeczytałam, że w środę ludzie nie wychodzą się bawić na miasto. W sumie nie miałam ochoty na wyjścia, ale koleżanka z mieszkania przytargała dwóch kolegów z roku. No to usiadłam z nimi. O północy zdecydowali, że chcą iść się pobawić. Nie miałam nic do stracenia i poszłam z nimi.
Pierwszy raz byłam w tak głośnym 'clubie', gdzie muzyka zagłuszała słowa. W celu wymiany haseł (nie dało rady zdaniami,bo wyłapanie sensu z pojedynczo usłyszanych słów byłoby cudem) trzeba było się nachylać do siebie, a wręcz stykać policzkami. Głowa bolała mnie przeokropnie. Było zabawnie.
Od rana koleżanka biegała po domu i krzyczała, że idziemy na bibę. Byłam w stanie lekkiego zmęczenia, ale wiedziałam, że po paru godzinach snu będę w stanie się bawić. Wstępnie się zgodziłam. Po powrocie z uczelni poznałam plany wyjścia. Na pół godziny przed umówionym wyjściem współlokatorka stwierdziła, że nigdzie nie idzie -,-. Po namowach jakoś udało się ją wyciągnąć.
Najpierw wstąpiłyśmy do kolegi na wódeczkę. Rozmowy, rozmowy i jeszcze raz rozmowy. Jego współlokatorka jest z Zielonej Góry! :D Straszliwie się ucieszyłam. Zgarnęłyśmy kolegę, nową koleżankę i jej chłopaka, by wyruszyć w poszukiwaniu miejsca do potańczenia. Już zdecydowanie w humorze imprezowym trafiliśmy do pechowego lokalu od wywracania. Tym razem nic nie wywinęłam :>.
Ogólnie wydałam 10zł,a wypiłam za zdecydowanie więcej. Kilku naiwniaków od stawiania piwa, czy kolejki się znalazło :P. To trochę przykre, ale jak się jest biedną studentką, to jakoś sobie trzeba radzić ^^'.
Jeszcze tyle mam do napisania, ale trochę nie mam siły, żeby się skupić.
Wróciliśmy o 2 do nas. Hałasowaliśmy, śmialiśmy się, robiłyśmy jajecznicę i spaghetti :D. Reszta lokatorek (sztuk 3) podobno po 7 rano w ramach buntu i wyrażania niezadowolenia puściły na fula radio. Fajnie, ale ja i jeszcze jedna koleżanka nic nie usłyszałyśmy, moja współlokatorka z pokoju gdyby nie ta pobudka zaspałaby na zajęcia, a czwarta imprezowiczka usnęła zaraz po tym jak obudziła ją ta muzyka. Psikus się nie udał. Przykro.
Następnie manifestowały swojego focha przez puszczanie głośno muzyki od 10, kiedy to wszystkie starałyśmy się odespać imprezę. Kiedy powiedziałam im cześć usłyszałam tylko ciszę.
Wydaje mi się, że im szybciej zapomną o tym zajściu i zaczną zachowywać się normalnie tym lepiej dla nich. Dziwi mnie ich podejście, bo wątpię by nigdy nie wróciły pijane w nocy do domu i nie hałasowały. Eh, ludzie...Dlatego chciałam mieszkać z facetami w mieszkaniu. Oni nic by sobie z tego nie zrobili. Pewnie przyłączyliby się do nas. =,=
Nie stroiłam się zbytnio z lenistwa i braku chęci. Tak było mi też dobrze, a przede wszystkim wygodnie.
Przede mną upojny weekend z obrażonymi sąsiadkami (reszta dziewczyn wyjeżdża) ]:->. Będzie milusio!
Do następnego.

niedziela, 11 października 2009

Wygoda i lenistwo - nie wyjdzie z tego nic dobrego

W sobotę biegałam z mamą po mieście. Czy wiecie jak trudno w sobotę ubłagać fryzjera o podcięcie końcówek? Odwiedziłam pięć salonów (przy okazji odkrywając, że moja ulubiona fryzjerka po roku znowu otworzyła zakład) i w ostatnim za szalone 10zł w dziesięć minut przyniesiono ulgę mojej czuprynie. Nie wygląda to za dobrze, ale szczerze mówiąc mam to gdzieś xP. Znów zapuszczam włosy, by wrócić do wcześniejszej fryzur, co oznacza, że po drodze będę musiała wymyślić jeszcze jakąś ]:->.
Biblioteka pedagogiczna w moim mieście - zmora. Niemiłe babsko, które myślało, że jest fajne, a nie było. Ej, w końcu można zapomnieć który rok aktualnie mamy, prawda ^^'?
Kupiłam jeszcze sweter i torbę. Pomimo takiej ilości brakowało mi jednej, czarnej dużo-niedużej elegancko-niezobowiązującej. No i mam. Była droga. Niestety wszystkie tańsze ociekały tandetą, niepraktycznością i wykonane były z lichego materiału. Oby ta się nie rozwaliła za miesiąc.
Moi wspaniałomyślni rodzice postanowili mnie odwieźć xD. Szkoda, że to pewnie pierwszy i ostatni raz :C. Tak w 2,5 h znalazłam się w mieszkaniu, a nie w 7 z dwiema przesiadkami -,-. Doszłam do wniosku, że w wakacje trzeba będzie przełamać strach i zdawać na prawo jazdy. Nie ma bata! Jazda PKS,czy PKP tu to cholerna strata czasu i nerwów.
Jutro mój pierwszy referat na ćwiczeniach z biologii i genetyki. Co prawda miałam go napisać w sobotę, na spokojnie w domu. Czemu jestem tak bardzo leniwa i dopiero przed chwilą go skończyłam ^^'? Po powrocie tu zdążyłam jeszcze iść na miasto, pocykać foteczki i przespać się 2-3 godziny. Lenistwo...to kiedyś mnie zdradzi i pokona.
Dziś dodaję kolaż z wybranych zdjęć cykniętych tutaj na mieście. Nie byłam ubrana nadzwyczajnie, a że dawno aparatu w łapie nie miałam, to się pochwalę co tam się zrodziło przez obiektyw na karcie pamięci.

sobota, 10 października 2009

Dom

Wróciłam do domu. Dosłownie na jeden wieczór, jeden dzień i jeden ranek.
Podróż odbyła się zaskakująco sprawnie i spokojnie. Bez nerwów jak zazwyczaj. Może spowodował to jeden z Muminków, z którym przez zupełny przypadek spotkałam się w pierwszym pociągu? Z nim za plecami czułam się bezpiecznie.
Jadąc do domu myślałam tylko o tym jak mi zimno i że cienki sweter na t-shirt'cie to była zła decyzja. Nie spodziewałam się niczego poza jednym zwykłym dniem z rodziną i wieczorem ze znajomymi. Jakże mile jestem zaskoczona.
Przybyłam (o 18.20) z lekkim opóźnieniem i ze stacji gnałam do domu. W końcu już o 20 umówiłam się na mieście. W domu nie zastałam nikogo. Zjadłam i wskoczyłam pod koc, żeby choć trochę się rozgrzać. Twarze rodziców - pierwsi znajomi ludzie. Wstawiłam pranie i pobiegłam.
Ze znajomymi widziałam się krótko, tylko dwie godziny. Na więcej nie miałam siły. Mimo tak krótkiego spotkania wiem, że dom to nie pudełko w którym gromadzi się potrzebne przedmioty i śpi. To nie jest miasto które znam lepiej niż własną kieszeń i mam prawo oceniać je bezkarnie. Dom to oni, wszyscy ci na widok których się uśmiecham i czuję ulgę.
Chociaż mam ochotę podzielić się tym co poczułam z tymi których poznałam na studiach, to wolałabym, żeby byli tu i przeżywali wspólnie ze mna ten czas.
Szkoda, tamci za jakiś czas stana się pewnie tylko wygodnym fotelem w moim domu. Takim, na którym siada się w zimne wieczory i wspomina odczuwając przyjemne ciepło. Tak to już w życiu jest...

Panta rei moi mili!

Ps. Zestaw-tak jechałam do domu ( + wypchany plecak) i pędziłam na spotkanie.

wtorek, 6 października 2009

Przeżyć

Studia...kto to w ogóle wymyślił? Zadaję sobie to pytanie od samego początku i jeszcze wcześniej. Zasuwać na 8. Przerwy między wykładami po dwie godziny i pytanie iść na 20 minut do domu i już wracać, czy nie? Nie wiadomo gdzie iść na zajęcia laboratoryjne i zagubienie.
Dziś z jednego budynku powinnam przemieścić się do drugiego w ciągu 10 minut. Wcześniejszy wykład, mimo opuszczenia jeszcze 10 minut szybciej nie da rady zdążyć dotrzeć w tak krótkim czasie. Pewnie nikt tego nie rozumie co napisałam, bo sama tego nie kminie. Zgubiłam się. Nie poszłam na laboratorium, bo nie wiedziałam gdzie. Będę musiała odrobić z inną grupą. Trudno. Mimo wszystko jest mi przykro, jestem zła i w ogóle -,-' żal.
Codziennie bywam u chłopaków na herbacie ^^. Dzisiaj wylądowałam tam na przerwie między wykładami, gdyż spotkałam pod uczelnia jednego z nich i zgarnął mnie do mieszkania. Haha. Śmiejemy się, że powinnam u nich zamieszkać xD. Myślę, że źle by mi tam nie było. Wręcz bajecznie! Księżniczka i jej 4 muminków w muminkowym domu :).
Przed chwilą koleżanka z mieszkania profesjonalnie pomalowała mi paznokcie. *,* ślicznie, bez żadnej skazy.
Zestaw: tak dzisiaj biegałam po uczelni i mieście. Bez kokardek. Bez skupienia. Bez przemyślenia. Rano nie miałam nawet głowy, by jakoś super się ubrać. Byle ciepło i w miarę estetycznie. I już. Do tego standardowo brązowa torba, która zdoła pomieścić kurtkę, szaliczek, rękawiczki, zeszyt i długopisy i pięćset innych rzeczy.
Do następnego!

niedziela, 4 października 2009

Dobroć bije z tego domu

W piątek z powodu dnia wolnego od zajęć postanowiłam ruszyć na miasto i załatwić dwie ważne sprawy. Najważniejszą z nich był zakup rękawiczek. Cienka wiosenno-letnia kurtka z bluzą/swetrem pod nią wystarcza, ale moje dłonie odmawiają posłuszeństwa po przejściu paruset metrów popołudniu. Nieprzyjemnie chłodne powietrze mrozi je i wysusza :C. Tanich i w miarę ładnych rękawiczek łatwo znaleźć nie było. Zwłaszacza w nowym mieście.
Odbyłam swój pierwszy shopping tutaj ^^. Przy okazji rozejrzałam się jakie marki i sklepy tutaj maja i moja ocena to: tragedii nie ma. To właśnie jej się spodziewałam po opiniach na forach internetowych.
Tego samego dnia po 16 opuściły mnie lokatorki z którymi przeważnie razem wychodziłam. Trzeba było sobie zapewnić jakąś rozrywkę na sobotę. Skontaktowałam się z chłopakami z wtorkowej imprezy i zaprosili mnie na oglądanie filmów.
Ubrałam się całkowicie normalnie, chociaż miałam ochotę na czarną sukienkę. Okazało się jednak, że została w domu. Trudno.
Jacy oni są mili! Nigdy w życiu nie spotkałam takich ludzi :). Mimo, że właściwie się nie znamy ugościli mnie bardzo,ale to bardzo przyjemnie i niczego nie odmawiali. Wypiłam litry herbaty, dostałam tosta i obejrzałam 4 filmy ^^'.
Poznałam kolejną porcję ludzi, ale niestety na 7 nowych twarzy zapamiętałam dwa imiona. Wstyd. Co poradzić...Mam tylko nadzieję, że poznam ich na ulicy xD.
Do następnego.

czwartek, 1 października 2009

Beznamiętnie-deszczowo-bezkokardkowo

Miałyśmy iść na imprezę do pechowego clubu. Miałyśmy. Skończyło się na upojnym wieczorze z właścicielką lokalu.
Dotarła ostatnia lokatorka, która mieszkała tu wcześniej. To ona zmotywowała nas by walczyć o pieniądze jakie płacimy. Wydaje mi się, że dziewczyny (rozmawiałyśmy w czwórke z siedmiu mieszkanek) nie miały w sobie odwagi, aby rozpocząć dialog, chociaż to chodziło o dobro każdej z osobna bez różnicy. Mimo to, tylko ja potrafiłam przez telefon powiedzieć Pani J.,że chcemy z nią pogadać poważnie, by przyjechała kiedy tylko może. To ja potrafiłam rozpocząć rozmowy o pieniądzach. Trochę mnie to drażni teraz. Jak zwykle to ja wyjdę na tą najgorszą i pyskatą, a tak chciałam zawalczyć o to, by być tutaj cichą, nic nieznaczącą dziewczyną. Spaliłam. Trudno, przynajmniej cieszę się, że o kilka groszy płaciła będę mniej. Z tego jestem zadowolona.
Wyjście na imprezę przełożyłyśmy na za tydzień. W myślach nic straconego. Może to i lepiej, że nie dziś, bo leje. Chociaż nie wiadomo, czy za tydzień nie będzie gorzej. Zobaczymy.
Dziś za mną pierwszy organizacyjny wykład. Załatwiłam pożyczenie pierwszej literatury. mam index i legitymacje studencką-moje zniżki na przejazdy wróciły do życia.
Dokładam japońską kokardkową. Najśliczniejszy jest ten facet *,* w białej koszuli, jeansach i z muszką.
Jutro wolne. Za tydzień planuję powrót do domu. Przynajmniej będzie mnie stać.
Do następnego.

środa, 30 września 2009

Niezłe (zamrożone) jaja i kokardkowe upadki

Tu jest zupełnie jak na koloniach. Tyle, że niekontrolowanych. Czuje się wkurzona, zażenowana, rozbawiona i dziwaczna. W obliczu ludzi z którymi przyjdzie mi żyć pod jednym dachem jestem tabula rasa. Nie mam żadnej przeszłość, jeśli nawet w rozmowach gdzieś się przewija, jest bez znaczenia. Liczy się tylko tu i teraz.
Wczoraj wybraliśmy się wszyscy na imprezę integracyjną kierunku koleżanki z mieszkania. Spóźniliśmy się 9 minut i nikt już nie czekał. Spotkaliśmy dziewczynę, która też się spóźniła i ruszyliśmy w poszukiwaniu jakiegoś pubu. Trafiliśmy w jakieś dziwne miejsce. Dziwny człowiek zaczepiał nas, kiedy zostałyśmy w trójkę przy stoliku na jakąś godzinę. Oczywiście zwiał i już nie spojrzał, kiedy reszta wróciła ^^.
Przyszedł po nas organizator imprezy integracyjnej z koleżanką i wyrwał z tego nieprzyjaznego lokalu. Kiedy wychodziłam...wywaliłam się i to dość spektakularnie na kratkę-wycieraczkę -,-. Czemu takie rzeczy przypadają właśnie mnie w udziale?! Teraz prawe kolano mam lekko spuchnięte, delikatnie rozcięte i obolałe. Mam tylko nadzieję, że to nic poważnego, zwykłe stłuczenie,bo do domu wracam dopiero za tydzień.
Na domówce na którą trafić mieliśmy na początku wyprawy było powiedzmy sympatycznie. Dobrze? Tak naprawdę, to trudno mi stwierdzić, nikogo (poza czterema osobami, które poznaję od poniedziałku) nie znałam. Chłopaki z tamtego lokalu całkiem mili i gościnni, straszne gaduły. Zwinęliśmy się po 24. Wracaliśmy pół godziny, a powinniśmy 15 minut :/. Weszliśmy w złą bramę i nadrabialiśmy ładnych kilka kilometrów. I tak cud, że w obcym mieście po 24 trafiliśmy nigdy wcześniej nie idąc tamtymi ulicami :D.
Będzie dobrze!
Do następnego.
PS.Zapomniałam dodać historyjki o tematyczny jajach. Więc lodówka w mieszkaniu była ustawiona na takie zimnienie, że moje jajka zamarzły ;]. Wylądowały bidaczki w koszu. Zjadłam jajecznicę bez jajek. Także...BEZ JAJ!

niedziela, 27 września 2009

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, kokardki zagoszczą wszędzie !

Siedzę sama w obcym mieszkaniu, obcym mieście...Zdążyłam już poczynić pierwsze osiedlowe zakupy, grzebień za 2zł. A tak mi się wydawało, że dwa zapakowałam co najmniej -,-'.
Powiem szczerze, teraz jest mi całkiem przyjemnie. Jutro poznam współlokatorkę, a za trzy dni resztę. Będzie nas tu całkiem sporo i do oporu. Poza tym, że w kuchennych szafkach leżą zdechnięte mole spożywcze ( bleee) -dalej zwane fenixami, z racji tego, że pewnie się odrodzą-jest całkiem ok. Jak nie lubię sprzątać, tak jutro po przybyciu koleżanki i jej względnym rozpakowaniu pokój poodkurzam. Na całe szczęście łóżka mamy nowe i mogę bezpiecznie oraz spokojnie teraz sobie na nim leżeć. Mała niespodzianka! Miało nie być kokardek, a są! na prześcieradle :P. Po otworzeniu szaf w przedpokoju zaatakował mnie smrodliwy zaduch. Ciekawa jestem czy ubrań, które tam wiszą (oraz leżą) należą do dziewczyny,która kontynuuje mieszkanie tutaj...Ja przynajmniej już wiem, że tam niczego nie powieszę.
Niestety, wystrój mojej części pokoju się nie spełni. Kryształowy wazon został w domu. Na biurku leży/stoi tylko lustro, sterta gazetek do czytania i kuferek na bibeloty. Obrazeczki stoją na półeczce-parapecie nad moim łóżkiem. Może to i dobrze. Nie muszę kombinować jak tu umocować antyramy do ściany bez gwoździa i młotka ^^'.

Teraz idę spać.
Do następnego !
Kokardkowych snów :F

piątek, 25 września 2009

Kokardkowy wernisaż

Dzień wczorajszy można określić jako słodko-gorzki. Z jednej strony sukces Badeczki (koleżanki), z drugiej pożegnanie z Dziewczynami i chłopakami też xP.
Oczywiście wszystko odkładałam na ostatnią chwilę i 3 razy przed wyjściem się przebierałam. Już jakiś tydzień? temu wymyśliłam strój na tą okazję. Jednocześnie myślałam, że będzie chłodniej. Dlatego zrezygnowałam z zaplanowanej góry na rzecz starej (chciało by sie powiedzieć jak świat, ale tak nie jest :P) bluzki w militarnym stylu z bufkami. Na to czarny żakiet. Do tego spódnica z podwyższonym stanem z kokardką na przodzie. Wyszło żałobnie, więc dołożyłam do tego fioletowe rajstopki, kolczyki perełki i brązową torbę (wolałabym czarną, ale nie pomieściłaby wszystkich rzeczy, których potrzebowałam).
Dziewczyny jak jeden mąż chore, bądź zachorzałe. Wystawa...myślę, że się udała, chociaż nie tej sesji się spodziewałam, ale podobno ma się pojawić już za miesiąc :).
Kupiłam też lustro 8". Okrągłe (a tak chciałam prostokątne ^^'), proste i pasujące do wszystkiego.
Do następnego

środa, 23 września 2009

Bezkokardkowy pokoik


Eh. Dziś zjeździłam pół miasta za lustrem idealnie pasującym (zwłaszcza ceną i kształtem) do
mojego projektu. Albo nie ma żadnych, albo za małe, albo za drogie, albo owalno-okrągłe. Jutro jadę jeszcze w dwa miejsca, ale i tak sobie nie wyobrażam jak to lustro wiozę na rowerze ^^'?
Projekt ów dotyczy zagospodarowania przestrzeni w jakiej przyjdzie mi żyć na co dzień przez najbliższe kilka miesięcy (oby dłużej).
Po powrocie z miasta czekała na mnie niespodzianka. Tata <3 kupił pojemniki 60litrowe, które bedą mi słuzyły jako szafki na ciuchy. Wybrał dwa kolory wieczek, różowy oraz niebieski, bo jak twierdzi dzięki temu nie bedzie mi sie myliło gdzie co trzymam (i tak pewnie będzie, ale ciii :P). Zakupiłam także dwie małe antyramy, które jakoś DIY ozdobie w piątek. Raczej do ściany ich nie przymocuję, gdyż gwoździ w ścianie w pokoju nie było. Trudno, postoją na biurku.

Legenda:
1. Brązowe pudełko z Pepco na szpargały
2.Antyramki
3.,4.pościel z Jysk (mam podobny komplet,tylko na kratce występuje także pomarańczowo-sraczkowaty-brąz)
5.podłoga xD
6.posiadam zupełnie inny, oldschoolowy składany kosz na bielizne z wyszytym napisem 'LAUNDRY' i znaczkami spotykanymi na metkach ubrań
7.odcień szkła z jakiego są zrobione filiżanki, które tam zabieram
8.Identyczny pojemnik na ciuchy od taty
9.chciałabym taką lampę,albo inną stojąca na nóżce xD
10.kocyk
11.lustro który dzisiaj mnie wyczerpało
12.krycztałowy wazon (mój ma inny kształt), który dostanę od mamy
13.pościel z Jysk, która pasowałaby mi do wystroju :P

Cóż, jak człowiek ma za duzo czasu to wymysla jakieś cuda... Mam nadzieję, że ładnie będzie ten mój pokój wyglądał. Nieważne czy odzwierciedli dokładnie moją wizję artystyczną, czy nie...
Do następnego.

wtorek, 22 września 2009

Obiecanki prasówkowe


Wiecie, jak człowiek dostaje wszystko czego zechce w jego głowie tworzą się nieosiągalne w szybkim tempie marzenia. Takie, które osiąga się dopiero po dłuższym czasie. Nie od razu. I przyszła kolej na mnie. Ostatnio czego sobie nie umyślę, to mam. Wbrew oczekiwaniom to nie daje mi długotrwałej radości. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i co mi po tym wszystkim. Kto wie, może moje prawdziwe marzenia kiedyś się spełnią... Nic straconego, w końcu całe życie przede mną ^^.
Tak jak obiecałam wklejam trochę wygrzebanych kokardkowych inspiracji. Dobra,z takich przyziemnych rzeczy chciałabym butki z DeeZee z kokardkami . Na całe szczęście istenieje duże prawdopodobieństwo, że na mojej nóżce taki model wygląda źle ]:-> , więc przeżyje! Hue.
I powiedzcie mi, że nie jestem rozpuszczona.
Do nastepnego!