sobota, 10 października 2009

Dom

Wróciłam do domu. Dosłownie na jeden wieczór, jeden dzień i jeden ranek.
Podróż odbyła się zaskakująco sprawnie i spokojnie. Bez nerwów jak zazwyczaj. Może spowodował to jeden z Muminków, z którym przez zupełny przypadek spotkałam się w pierwszym pociągu? Z nim za plecami czułam się bezpiecznie.
Jadąc do domu myślałam tylko o tym jak mi zimno i że cienki sweter na t-shirt'cie to była zła decyzja. Nie spodziewałam się niczego poza jednym zwykłym dniem z rodziną i wieczorem ze znajomymi. Jakże mile jestem zaskoczona.
Przybyłam (o 18.20) z lekkim opóźnieniem i ze stacji gnałam do domu. W końcu już o 20 umówiłam się na mieście. W domu nie zastałam nikogo. Zjadłam i wskoczyłam pod koc, żeby choć trochę się rozgrzać. Twarze rodziców - pierwsi znajomi ludzie. Wstawiłam pranie i pobiegłam.
Ze znajomymi widziałam się krótko, tylko dwie godziny. Na więcej nie miałam siły. Mimo tak krótkiego spotkania wiem, że dom to nie pudełko w którym gromadzi się potrzebne przedmioty i śpi. To nie jest miasto które znam lepiej niż własną kieszeń i mam prawo oceniać je bezkarnie. Dom to oni, wszyscy ci na widok których się uśmiecham i czuję ulgę.
Chociaż mam ochotę podzielić się tym co poczułam z tymi których poznałam na studiach, to wolałabym, żeby byli tu i przeżywali wspólnie ze mna ten czas.
Szkoda, tamci za jakiś czas stana się pewnie tylko wygodnym fotelem w moim domu. Takim, na którym siada się w zimne wieczory i wspomina odczuwając przyjemne ciepło. Tak to już w życiu jest...

Panta rei moi mili!

Ps. Zestaw-tak jechałam do domu ( + wypchany plecak) i pędziłam na spotkanie.

2 komentarze: