poniedziałek, 30 listopada 2009

Jestem głupia

Dziś ostatni dzień listopada. Za dwa tygodnie zaczną się zaliczenia. Wcześniejsze wypowiedzenie równa się padace i zapieprzowi. A później już tylko misja dom.
W sobotę spotkałam się z Ewą. Oczywiście było milutko i gadatliwie. Tak się zastanawiam czy ja do domu nie jeżdżę czasem tylko po to żeby sobie pogadać i pospać. No i oczywiście na zakupy.
Ubrałam się hm...Nie wiem. Luźno, ale z zachcianki odstrzeliłam mocną tapetę. Cały zestaw już właściwie wystąpił premierowo na urodzinach Natali (przez jedno i).
Odstrzeliłyśmy mały clubbing. Jednocześnie tego sobotniego wieczora nastąpił start złej passy. Wypłaciłam nie z mojego bankomatu kasę = pożarło mi 5zł w kosmos za darmo. Dwa kroki był mój bankomat. Później tylko stękałam 'moje 5 zł ;('. W niedzielę wielkie powroty na studia. W sumie podróż całkiem spokojna. Ale oczywiście mój brak umysłu logicznego, bystrego, zapobiegawczego, a przede wszystkim myślącego pokazał co potrafi! Wyładowałam torbę podróżną na kółkach (nie po brzegi). Równomiernie. Mimo to kawałek materiału szurał po ziemi. Byłam przekonana, że to spodnia warstwa (skrywająca stelaż torby) sobie szura. Dziś rano przy wyładowywaniu okazało się, że zepsułam torbę. Przy okazji laptopowi też się oberwało i zbiłam przez to jeden róg obudowy. Nie wiem czy przy okazji nie uszkodziłam komputera, bo troszku net się skiepścił.
Jestem głupia! Głupia po tysiąckroć!
Cudem uniknęłam bani z kolokwium. Dobrze jest mieć w grupie same laski i prowadzącego ćwiczenia uległego faceta. Dało się go ubłagać, żeby nie pisać sprawdzianu.
:C jestem głupia.
Do następnego, oby lepszego samopoczuciowo.

piątek, 27 listopada 2009

Jestem stara, czyli dziecięca naiwność.

Siedzę właśnie w stajni, a właściwie na pastwisku z końmi (laptop z przenośnym netem to błogosławieństwo). Pilnuje ich. TAK! Dziś robię za końskiego bodyguard'a. A ta niebezpiecznie paradoksalna sytuacja zaczęła się tak...

Łaziłam sobie wczoraj po sklepach i sklepiczkach. Upatrzyłam sobie fajną książkę, parę fajnych spódnic, ale doszłam do wniosku, że poczekam na wyprzedaże. Butów nie ma. Trudno. Już poszłam do drogerii-mojego ostatniego punktu programu zakupowego i dzwoni do mnie telefon. Właścicielka stajni. Odbieram uradowana, że pewnie chce żebym wpadła do niej i koni i w ogóle...Jakże moja radość była bezpodstawna. Okazało się, że bez jej wiedzy i zgody zarazem na jej prywatnym terenie przebywały jakieś dwie (ze sprawozdania sąsiada) na oko 16-letnie dziewczynki. Brały sobie sprzęt, używały i jeździły na Karej -,-. NA KAREJ! Na Karej, na której jeździć nie można (względy zdrowotne)!!! =,- Bezczelne gadały sobie jak gdyby nigdy nic z sąsiadem, 'sprzątały' boksy i ruszały leki i inne przedmioty.
Najprawdopodobniej delikwentki zwiały jak tylko usłyszały, że Pani Dorota przyjechała, bo wszystko było porozrzucane. Pani D. obdzwoniła wszystkich czy nic przypadkiem nie wiedzą. Nikt nic nie wie. Zaproponowałam, że dziś przyjdę na trochę, zerknąć do koni w czasie, gdy nie będzie nikogo w domu.

No i przychodzę na umówioną 13. Otwieram kluczem furtkę. Psy witają mnie jazgotem. Dzwoni mama. Ja uradowana specjalnie głośniej gadam przez telefon. Zadowolona, że pewnie gdyby ktoś obcy znów miał się tu pojawić, to na te hałasy już uciekł nie mogę uwierzyć moim własnym oczom. KTOŚ OBCY STOI PRZY KONIACH!!! Oba przywiązane lonżą i uwiązem do ogrodzenia. Dżizas. Nie życzę tego nikomu. We łbie miałam opcje: dzwonić na policję, dzwonić do właścicielki zanim obce mnie zobaczą, gonić obce zanim zwieją.

Zrobiłam tak. Zacisnęłam pięści. Obczaiłam jak silne są. Podeszłam i pierwsze co zaczęłam oswobadzać koniulce. Oczywiście pełen wkurw i miałam ochotę w twarz im wrzasnąć niedelikatnie: WYPIER*ALAĆ! Powstrzymałam się. Zdenerwowana acz spokojna zadałam pytanie skąd się tu wzięły i wyłożyłam jak niepoważne są. Zrozumiały. Przestraszyły się. Chciały iść. O nie,nie! W związku z tym, iż to nie moja posesja zadzwoniłam do właścicielki, co robić. Chciała z nimi rozmawiać. Rozmawiała.

To zajście jest przerażające z kilku powodów:
1.coś mogło stać się koniom
2.coś mogło stać się tym dzieciakom
3.pomyślcie sobie, pomijając kwestię końską: ktoś wchodzi do waszego domu, pod waszą nieobecność i gotuje, bo kocha gotować.
Schiza na maxa. I strach.

Wiecie, jestem stara. Kiedyś też miałam odwagę na głupie i nieprzemyślane głębiej czyny. Miałam w sobie mniej wstydu. Uleciała ze mnie (chociaż nie do końca) dziecięca naiwność. Mimo tego nigdy nie miałam w sobie tyle tupetu, by naruszać czyjąś prywatną posesję bez zgody właściciela!

Teraz co kilka minut się rozglądam naokoło, czy ktoś obcy się nie zbliża i mam pospinane mięśnie ^^. Padaka, a raczej pełna gotowość do obrony. Hehe.

Poza tym konie całkiem milutkie dziś dla mnie. Powygłupiałam się z nimi. Pogadałam. Poczyściłam. Pokarmiłam. Teraz obok się szwendają i po buraczanym poczęstunku przygotowanym przeze mnie wsuwają trawsko. A śmieszne bażanty przychodzą do płotu z lasku i co wstanę to zwiewają xD.

A wczoraj spotkałam się z Alutkiem. Zechlałyśmy sałatkę, wypiłyśmy piwo, a później przeniosłyśmy się do innego (oddalonego o niecałe 100m) lokalu na drinka dla niej, dla mnie czekoladę na gorąco z bitą śmietaną ^^. To był tak przemiły wieczór! Na studiach nie mam z kim odstawiać takich clubbingów :C.

Ubrałam się trochę dla jaj, trochę z kaprysu, trochę z zachcianki całkiem męsko. Jedynym damskim akcentem były rajstopy prążkowane i obrączka z cyrkoniowym oczkiem.
A jutro spotkanie z Badusią! A dziś beuty day, bo moja skóra woła o pomstę do nieba.

Lecę do domu, bo mi ręce zmarzły i w kuchni posprzątać :P

Do następnego!

poniedziałek, 23 listopada 2009

Retikulum

Za pół godziny wychodzę na uczelnię. Na kolokwium. Na zmarnowanie. Na zgłupienie.
Histologia...wiem po co mi ten przedmiot. Wydaje się być całkiem przydatny. Mimo wszystko budzi we mnie przerażenie. Nie mogę spamiętać tych wszystkich funkcji, składników budulcowych, umiejscowienia lizosomów, mitochondriów, proteasomów, , centrioli, itd. Wczoraj uczyłam się. Fajnie, że w 1/2 nauczyłam się nie tego co trzeba -,-. Nie ma to jak zmarnować kilka godzin.
Pocieszam się tym, że po oddaniu testu do rąk doktora Neo (tego od Matrix'a) odjadę do domu. Co prawda tylko myślami, ale w środę o 5 rano zrobię to już całkiem fizycznie.
Jeszcze 2 dni.
Jeszcze 2.
Jeszcze!

Do następnego.
Ps.1 A że lenistwem dziś się nie wykażę, to wklejam obrazeczek komóreczki ;]. NIENAWIDZĘ HISTOLOGII!!!
Ps.2 Tytuł postu taki, a nie inny, bo kiedy po raz pierwszy na zajęciach usłyszałam nazwę 'retikulum' zrobiłam niewybredną minę o.O, pomyślałam WTF?! i nie umiałam tego nawet poprawnie zapisać ^^. I tak nienawidzę histologii :C.

sobota, 21 listopada 2009

Vivienne

Ale kurde mega kac-zmęczenie mnie dopadł. Coś jest zdecydowanie nie tak! Może to grypa w dziwnym wydaniu? Nie wiem. Wiem natomiast, że zdycham i nic mi się nie chce od czwartkowej imprezy.
W piątek bez problemu wypełzłam na wykład. Dumna z siebie, że szybciutko wróciłam do normy załamałam się w sali. Nie miałam siły podnieść dłoni i utrzymać w niej długopisu, a do notowania było sporo. W żołądku mi się kotłowało i tylko jedna myśl: nie zemdlej. Nie wiem jak to jest, ale czułam jakby walnął we mnie tir.
Szukałam półbutów. Jakichkolwiek. Niekoniecznie fajnych. Byle estetyczne były. NIC!!! Przeklęte miasto! Nie dość, że wykończyłam w nim: glany, sashki i lakierki, to jeszcze żadnych znośnych nie spotkałam :/. Dlatego też cały piątek biegałam po mieście w trampkach (t-shirt'cie i swetrze).
Nie wiem czy wiecie jak to jest, kiedy macie umówione pochlaj-spotkanie i nic o tym nie wiecie ^^. Ja już wiem. Dom Muminków cały tydzień (podobno) był przekonany, że dziś wieczorem zjawię się u nich z flaszką i sobie coś razem poknujemy. Kiedy próbowałam ich na to namówić w poniedziałek milczeli, ani słowo aprobaty, ani negacji,ani pocałuj nas w dupę. No to sobie znalazłam kogoś kto był w stanie się określić. Fajnie, że mnie zaprosili czy cokolwiek. Faceci -,-.
Zachorowałam na ciuchy Weswood'owej. Jestem okropna. Nie powinnam, a jednak mnie trafiło ;C. Ubrania proste, ale wyjątkowe i ponadczasowe. Ja chcę czerwony płaszczyk, biały top, torebkę, rękawiczki, portfel i komplety saturnowej biżuterii!!!
Dobra, chustą z jeździeckim motywem od Hermes'a też bym nie pogardziła xP. Zamieniam się w snobo-burżuja. Hehe.
Tak mi się coś wkręciło z tą Vivienne, gdyż zaczęłam myśleć o prezentach na święta. Żeby nie było, że jestem taką egoistką co to najpierw myśli o sobie, zaczęłam od marudzenia: znowu kłopoty z prezentami, co komu dać, itp. Później zaczęłam grzebać w sieci wyszukując ciekawe inspiracje. Na końcu zadałam sama sobie pytanie: co ja bym chciała dostać w tym roku? Wyszła dłuuuuuga wishlista. Postanowiłam, że już niedługo chociaż jedną rzecz z niej sobie zakupię. Tak, żeby polubić w tym roku znienawidzone przeze mnie święta. Może się uda...

piątek, 20 listopada 2009

Pieniądze to energia.

Dobra. Przyznaje. Zawsze byłam walnięta na punkcie kasy i strasznie oszczędzam. Każdy wydany grosz na głupotę lub coś drogiego w moim odczuciu to grosz zmarnowany i gryzie moje sumienie. Na studiach wolę kupić paczkę sera 400g, która starcza mi na dobry tydzień niż szynkę na którą mam ochote. Argument: mięso jest droższe. Później wracam do domu i rzucam się na wszystko w lodówce (kochana mama,zawsze wypełni ją po brzegi) doprowadzając się do przejedzenia i okropnych bólów brzucha. Chore! Niemiłe! Głupie!
Niedawno przeczytałam w jakiejś książce coś co mnie olśniło. Pieniądze to energia, a energia musi płynąć. Pieniądze z jednej strony kojarzą się nam z czymś złym, obrzydliwym, ale z drugiej podziwiamy osoby bogate i zamożne. Pieniądze dotykają wyłącznie sfery materialnej, ale ona tyczy się naszego ducha. Jeśli każdy grosz to dla nas ciężkie wyrzeczenie, ogromny wysiłek włożony w jego zdobycie tym szybciej się go chcemy pozbyć. To my nadajemy sens forsie. Muszę zacząć racjonalnie podchodzić do tego tematu. Dziś po raz pierwszy nie odmówiłam sobie zakupu niczego na co miałam ochotę. Nie czuję się winna. Czuję się spokojna i nie mam w głowie ciągle jedzenia na które mam ochotę, ale sobie nie kupię, bo pieniądze. Sick!
Wczoraj wraz z współlokatorkami i dwójką znajomych urządziliśmy sobie 'studencki czwartek'. Najpierw wódka u Łukasza. Przegięłam -,-. Najgorsze jest to, że dopiero jak wstaliśmy od stołu, żeby wyjść na miasto uderzyło mi do głowy. Z jednej strony żal, ale regeneracja, wizyta w toalecie i cztery godziny non stop na parkiecie i byłam jak nowa ^^. Śmieszy mnie to do tej pory, ja która tańczyć nie potrafi i nie lubi przehulałam do końca z moją współlokatorką. Muzyka była okropna, ale procenty niwelowały wszystkie densowe defekty. Ciekawi mnie tylko jedno, jak to się stało, że zmieniły się ustawienia w moim telefonie ??? Eh, jednak mam luki w pamięci.
W związku z tym, że wszystkie moje buty na płaskiej podeszwie, które tu zabrałam umarły ubrałam oxfordy, a wracałam w trampkach, które zabrałam na zmianę. Ten pomysł okazał się zbawienny. Nie wyobrażam sobie po tylu godzinach tańczenia na obcasach wracać w nich do domu xP. Reszta to standard. Nic szczególnego jak imprezy tutaj.

niedziela, 15 listopada 2009

Mniej żalu

Zakupy się udały, choć w moim odczuciu trochę zbytnio poszalałam. Pocieszam się tym, że płaszcz to inwestycja na kilka sezonów (oby). No właśnie. Mój główny zakupowy cel, czyli płaszcz na zimę to było jedno wielkie cenowe zmiażdżenie. Mojej mamie udało kupić się płaszczyk za ok.250 zł. Mi każdy który się spodobał i był dobry zaczynał się od ok.350zł -,-. Jakże przepiękne płaszcze widziałam w jednym sklepie...a jakże drogie. Ich ceny zaczynały się od 900zł ;C. Minusy w nich widziałam dwa: cena i grubość (były baaardzo cieniutkie). Z resztą, to były jakieś marne dla mnie zakupy. Większość rzeczy jakie mi się spodobały była za droga.
Wróciłam z płaszczem, dwoma zegarkami, dwoma paskami, dwoma parami ciepłych skarpetek, tuniką i żalem pozostałym po tamtych drogich rzeczach (a zwłaszcza płaszczach). Kiedyś będę burżujem! I będę sobie kupowała prześliczne płaszczyki za 900zł! Zobaczycie!
Wczoraj pojechałam do Aliszii. Ploty, ploteczki, rozmowy o facetach i takie tam. Podobało mi się okrutnie. Było tak otwarcie. Oczywiście na to spotkanie wystroiłam się przy pomocy Badeczki, która wybrała jeden z dwóch zestawów.
Tunika z półgolfem wykończonym falbanką, na rękawach i karku ma małe łezkowate rozcięcia zapinane na guziczki w militarnym stylu. Zegarek biżuteryjny z cieniutkim czarnym paskiem i brązowo-złoto-opalizującym kolorze. Reszta znana.
Teraz leżę w ciepłym łóżku. Przed godziną wyszli znajomi. Pojadłam, popiłam i się uśmiałam. Boli, a właściwie przygniata mnie klatka piersiowa. Czy to żal, że jutro nie będę zasypiała tutaj?

Do następnego.

czwartek, 12 listopada 2009

Śmierć na 3?

We wtorek wieczorem wróciłam do domu. Odebrała mnie Bada. Pojechałyśmy do mnie. Spędziłyśmy razem całą noc i cały następny. Prawdziwe święta z wystawnym obiadem. Przyjechała też siostra z mężem.
Dobrze jest, kiedy rozmawiasz z kimś o tym co czujesz bez obawy, że ktoś nie będzie Cię słuchał, a Ty nie zostaniesz usłyszany. Dialog na kosmicznie wysokim poziomie, takim dotykającym gwiazd w porównaniu z ludźmi ze studiów. Kiedy drzwi za Badą się zamknęły w środę wieczorem byłam pusta, opróżniona. Rano zbudziłam się ze smutkiem. Sama nie wiedziałam czemu, ale krótka rozmowa z moim prywatnym Wirtualnym Psychologiem (znajomy z sieci) i ten smutek chyba wyniknął z tego, iż przyjdzie mi to wszystko w niedzielę już opuścić. To takie żałosne, przecież ja tu wrócę za jakieś dwa tygodnie... Moja głowa zawodzi mnie samą. Baka! Baka! Baka!
Dziś cały dzień w stajni. Zginęłabym trzy razy xP. Raz dostałabym w brzuch z zadnich nóg. Drugi raz prowadząc konia, który zaczął się wiercić i denerwować, wspiął się, a ja bezwładnie rozjechałam się na błocie i upadłam. Konik (o jakże adekwatnym imieniu Urwis ^^) przegalopował po mnie. Nie mam pojęcia jakim cudem, ale nawet nie musnął mnie kopytem. Po wyszykowaniu Urwisa na jazdę wróciłam po kask i rękawiczki. Zamyślona przyrżnęłam okiem i nosem w metalową kratkę od boksu -,-'. Łzy z lewego oka ciekły mi ciurkiem. Pewnie będzie małe lajpo xP Żyję.
Zapach i ciepło konia. Praca z nim w siodle. Skupienie tylko na tworzeniu harmonii. Konie wyciągają ze mnie zbędne myślenie i dają siłę. Najwspanialsi terapeuci.
A jutro trzeba mi będzie wstać o 6. Dzień zakupów. Czy wspominałam już, że co przyjadę do domu kupuję sobie jakieś ciuchy ^^'? Hehe. Zobaczymy czy coś ciekawego wpadnie mi w łapy.
Do następnego.
PS. Trochę przysiadłam i przejrzałam parę japońskich gazetek. Kolaż ze znalezionych kokardkowych inspiracji.

sobota, 7 listopada 2009

Hekatomba w sprawie mojego rozpadu

Wróciłam w poniedziałek całkiem spokojnie. Może trochę zmęczona i zziębnięta. Ale żywa. Tak zaczął się najgorszy tydzień w życiu. Hekatomba ku mojemu rozpadowi.
Tak, nie jestem wesolutka. Trzymam się jednak, a przynajmniej przytrzymuje ludzi stąd. Z mieszkania, z Domu Muminków, z mieszkania sąsiadek Domu Muminków. Kogokolwiek.
Anatomia w plecy. Podeszwa od lewego buta jesiennego została wczoraj na klatce, odpadła. Przenieśli mnie bez mojego pytania do innej grupy laboratoryjnej. Nie mam siły i nastroju iść do dziekanatu i kłócić się o przywrócenie do starej grupy. W środę wracam do domu.
Czesie, płyń szybciej. Błagam.

Do następnego i zapewne lepszego.

PS.Nie kupie już nigdy butów z Marisha'y!!

niedziela, 1 listopada 2009

Jutro nie będzie tak

I kończy się kolejny weekend w domu. Oczywiście znów w szaleńczym tempie. Od samego początku (wyjazdu o 4.26) do teraz ciągły bieg. Nie jest to pęd smutny i okupiony wielkim skupieniem. Pełno przy nim uśmiechu i zniecierpliwienia budzonego przez pytanie 'kiedy ich zobaczę?!'.
Sama podróż to był wyścig z czasem. Na przesiadki w dwóch miejscach miałam planowo 3 minuty, a pociągi którymi dojeżdżałam do tych miast były opóźnione. Szanse, że uciekną mi sprzed nosa były większe niż 100%. Czekały. I tak 12.33 byłam już w swoim domu. Widok pełnej lodówki z mięsem i jogurtami...tego nie da się opisać. Spróbowałam wszystkiego co było pod ręką. Usiadłam do sprawnego komputera. Pogadałam ze znajomymi. Położyłam się spać na dwie godziny.
Obudziłam się. Moja mama wróciła z pracy. kiedy rozmawiałyśmy przez telefon namawiała mnie na zakupy. Ja byłam sceptycznie nastawiona, jednak ta drzemka i widok mamy przekonały mnie. W ten oto sposób mam buty na zimę, nową parę czarnych sztruksów, beret i dwa t-shirty. Teraz postanawiam, iż niczego sobie nie kupię! Będę się już tylko za płaszczem na zimę rozglądała. Oczywiście kupiłam jeszcze mnóstwo drobnicy typu kubek, teczki i inne papiernicze. Mniejsza z tym.
Wieczorem był sprint od Weroniki, której miałam zanieść książki do pubu w którym robiłyśmy urodziny Agacie Aktoreczce. Ode mnie otrzymała żel pod prysznic czekoladowy i świeczkę także czekoladową. Pierwszy prezent z miasta gdzie studiuję ^^.
Mydlarnię, w której wybierałam podarunek poleciła mojej grupie prowadząca zajęcia z technik relaksacyjnych. Ceny przystępne i ogromny wybór. W sklepie spędziłam z pół godziny miotając się od półki do półki, nie mogąc zdecydować się na zapach. Chyba będzie to mój ulubiony sklep z asortymentem prezentowym :>. Hue.
Na urodzinach było przemiło. Jakże inaczej mogło by być z Bohemą? Eh...jaki to relaks móc rozmawiać i rozmawiać i śmiać się i czuć zrozumienie i stabilność.
Wczoraj rajd po cmentarzach oraz odwiedziny rodziny (nie czuję, że rymuję :P), by wieczorem lecieć na spotkanie z Badeczką i Panem Jarżą N. Dałam ciała, bo jakaś zmęczona byłam. Nie siedziałam długo. Mimo tego było super. Znowu czas razem, tylko w trójkę i kupa śmiechu.
Dziś zrobiłam przyjemność rodzicom i poszłam z nimi do kościoła. Później na grób znajomego i seszyn z Badeczką jej nowym sprzęciorem. O.O tyle powiem. Takich fotek to ja w życiu nie miałam. Taka jakaś ładna na nich wyszłam :D. Jak nie ja. Hehe.
I było tak normalnie. Zwyczajnie. Zupełnie tak jakbym jutro miała się obudzić i iść do liceum, a później pewnie spotkać się z Badą. Niestety, jutro obudzę się i pobiegnę na pociąg, by tłuc się 300km na studia.

Do następnego.

Ps. Set z urodzin. Nowe portki i t-shirt z Housa, torebka dla ożywienia i współgrania z granatem bluzki i apaszki (której tu nie ma). Sweter z bufkami kupiony poprzednim razem w Quiosque. Oxfordy pożyczone od mamy, bo miałam ochotę na obcasy.