Wróciłam w poniedziałek całkiem spokojnie. Może trochę zmęczona i zziębnięta. Ale żywa. Tak zaczął się najgorszy tydzień w życiu. Hekatomba ku mojemu rozpadowi.
Tak, nie jestem wesolutka. Trzymam się jednak, a przynajmniej przytrzymuje ludzi stąd. Z mieszkania, z Domu Muminków, z mieszkania sąsiadek Domu Muminków. Kogokolwiek.
Anatomia w plecy. Podeszwa od lewego buta jesiennego została wczoraj na klatce, odpadła. Przenieśli mnie bez mojego pytania do innej grupy laboratoryjnej. Nie mam siły i nastroju iść do dziekanatu i kłócić się o przywrócenie do starej grupy. W środę wracam do domu.
Czesie, płyń szybciej. Błagam.
Do następnego i zapewne lepszego.
PS.Nie kupie już nigdy butów z Marisha'y!!
sobota, 7 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz