Na uczelni nijak. Z biologii już szykuję się na poprawkę. Z historii liczę na zaliczenie i nastawiam się pozytywnie. Może to jakoś przepchnie magiczną granicę zdawalności i będę miała już jeden przedmiot do sesji z głowy. Referat znów przesunął

się na kolejne zajęcia. Na chemii nie wyszło mojej grupie badanie składników olejku miętowego na chromatogramie. Dziadostwo! Czyżby pierwsza ocena niższa niż 4,5 (jedno, reszta 5 xP) z tego przedmiotu? Właściwie to tylko ten przedmiot ze ścisłych mi podchodzi. Chyba przez bardzo wyrozumiałego i fajnego prowadzącego. Nigdy nie pociągało mnie laboratorium chemiczne. Teraz też nie, ale przyjemnie jest robić te wszystkie badania i pomiary i dostawać pomoc ze strony doktora i pytać się czemu tak a nie inaczej i jasno, prosto, bez udawania, że jesteśmy inżynierami i znawcami chemii mieć podane tłumaczenie. No, to jeszcze jutro kolokwium ze stawów i koniec tej przedświątecznej masakry naukowej.
Mówiąc o masakrze nie mogę pominąć moich porażek życiowych.
1. W piątek kupiłam sobie buty. Pierwsze jesienno-zimowe na niewielkim obcasie. W poniedziałek już nie miałam fleka i uszkodziła się podeszwa lewego buta. Wszystko dzięki temu, że poślizgnęłam się na bruku -,-.
2. W poniedziałek rano wyszłam na wykłady zaczynające się o 8. Maszeruję sobie dziarsko przez osiedle, gdzie znajduje się moje mieszkanie. Na płaskiej tym razem podeszwie. Dup! Gleba z lądowaniem na tyłku -,-.
3. Wtorek. Współlokatorka po moim powrocie z nieudanych laboratoriów z chemii prosi mnie o pomoc w zrobieniu prania, bo jeszcze tą pralką się nie posługiwała. Wskazałam jej nie ten co trzeba pojemnik na proszek. Proszek do prania ląduje w komorze na płyn do płukania. Fakt, że ze śmiechu słaniałyśmy się po ziemi dobre 15 minut, ale to nie zmienia faktu, iż jestem ciapa -,-.

Coś jeszcze głupiego odwaliłam, ale już zapomniałam. W każdym razie dochodzę do wniosku, że jestem okropną niedorajdą. Łamagą. Ciamajdą. Ciapą! Jednocześnie uwielbiam siebie za niektóre głupoty, które odstawiam, bo sama się z tego śmieję. Z drugiej jednak strony mam ochotę zdechnąć, kiedy odwalam beznadzieje :/.
Wczoraj wieczorem z racji tego, iż w dzień spałam od jakiejś 16 do 19.30 pościągałam sobie japońskie gazetki i wygrzebałam trochę kokardkowych rzeczy.
Do następnego.
biedna busia :(
OdpowiedzUsuń