środa, 30 grudnia 2009

Łzawe pożegnania i stare dziady.

Wczoraj. Godzina 22.57. Ja myje ryj w łazience już w stroju pidżamopodobnym. Słyszę, że ktoś do mnie dzwoni. Zdziwiłam się, ale nie pobiegłam odebrać, i tak nic nie widziałam przez ściekającą na oczy wodę. Przypomniałam sobie, że dzień wcześniej umówiłam się z Panem Jarżą eN. (dokładnie powiedziałam mu, że możemy się spotkać nawet o 23, co też uczyniliśmy).
To właśnie z nim w ciągu tej świątecznej przerwy widywałam się najczęściej. Ogromnie radosne spotkania, wieczorne spacery, stare dobre czasy, rozgrzane myśli i głowa a zamarzające dłonie i stopy. Dużo uśmiechu. U niego też całkiem składnie, a wręcz dobrze. Dziś o 2 nad ranem wyjechał. W chwili, kiedy się żegnaliśmy oczy zaszły mi łzami. Nieważne, że to przez wiatr i zimno. Były łzawe pożegnania. Równocześnie otrzymałam pierwsze najlepsze życzenia noworoczne. Oby udało nam się spotkać za te dwa miesiące...
Tego samego wczoraj byłam u mojej najdroższej cioci, która realizuje moje krawieckie i ciuchowe wizje ^^. Nie jest co prawda profesjonalną szwaczką, ale wkłada całe serce w szycie dla mnie. Lubie ją. Powiedziała mi też wczoraj coś bardzo ważnego: życie mija nam zbyt szybko, tu zakupy, tu praca, wszystko biegiem, ale to my sami sobie nakręcamy czas. Wspominała też jak z moją mamą chadzała po jednej z głównych ulic i spotykało się mnóstwo ludzi. W kolejce do kina rozmawiano ze sobą. Spotykano się w kawiarniach. Teraz w sobotni wieczór w naszym mieście nie spotka się wielu ludzi. Wszyscy siedzą w tych swoich domach i klepią w klawiatury. To trochę smutne.
Po spotkaniu z ciocią postanowiłam poszukać jakiejś muzyki na jutrzejszą imprezę. Wiem, że Natali gustuje w muzyce ubiegłych dekad, więc zaczęłam przetrząsać sieć. Nagle, przez przypadek znalazłam utwór Joe Cocker'a z Woodstock'u. Zrobiłam oczy jak pięciozłotówki O.O. Nie mogłam w to uwierzyć! Cocker był w mojej głowie zawsze tylko niegroźnym starym dziadem, który podśpiewuje sobie jakąś komerchę do radia i reklam. Jaką ignorantką byłam! Teraz śmiem twierdzić, że ów, do wczoraj 'stary dziad' całkiem znośnie przeszedł od młodego rockmana do dojrzałego muzyka rockowego czy nie,nieważne. Jego wizerunek dziś jest całkiem sympatyczny. Koleś trzyma fason i ma klasę.

Do następnego pewnie już całkiem noworocznego!

wtorek, 29 grudnia 2009

O krejzi shoppingu słów kilka.

Nie wypada nie napisać ani jednego słówka o poniedziałkowym shoppingu. Wstałam z bólem głowy i katarem. Nic ciekawego. W pociągu uświadomiłam sobie, że zapomniałam o doładowaniu telefonu -,-'. Ani wysłać esa do Alicji, ani zadzwonić do rodziców, że żyję, ani w ogóle nic. Trudno. Na szczęście Ala ma dobre serduszko i dała skorzystać ze swojej komórki.
Dzieciory zamiast w domu siedzieć, dupki grzać wyruszyły tłumnie do Łodzi. Jedni do kina, jedni też na zakupy, jedni bo coś tam (zasłyszane z rozmów). Jak lubią, niech jeżdżą.
Co do samego centrum handlowego, to ludzi było umiarkowanie dużo. Najbardziej oblegana była chyba Bershka, H&M i Reserved (z tych wszystkich, które odwiedziłam). Jak to jest, powiedzcie mi moi mili, że jak człowiek ma pieniędzy całkiem sporo do wydania, bo zaciskał pasa, bo przyszedł do niego bogaty Święty Mikołaj, bo uczelnia płaci mu co miesiąc za studiowanie, to nawet 200zł na cały wypad (łącznie z przejazdami) nie wydał. Fakt, że do mojej szafy trafi kolejna sukienka (z H&M), kolejna torebka (z Croppa),legginsy z suwakiem (też H&M) i pierścień mocy (też H&M). Bez rewelacji, ja Wam powiem. W Reserved było całkiem sporo milusich sukienek w milusich cenach. Były one jednak nad wyraz eleganckie, więc okazji do ich założenia w najbliższym czasie nie będzie. Rozsądku mój ukochany! Przykazanie przecenowych zakupów mówi: nie kupuj czegoś, bo jest przecenione i ładne, jeśli nie masz okazji, by to założyć*. No cóż, przynajmniej upatrzyłam sobie skórzaną kurtkę w Vero Modzie. Niech tam sobie na mnie czeka, a czeka bo liczę na jeszcze ładniejsze modele.
Z rewelacji głupoty ludzkiej: dymi się z kosza (na zewnątrz, ale jeszcze terenie centrum handlowego). Ludzie z dzieciorami i bez przechodzą sobie obok śmietniczka. Zadowoleni, zachwyceni, może nawet podekscytowani. Może liczyli na to, że wybuchnie i te ichnie dzieciory, co zawsze szły bliżej kosza trafi ułamek i zdechną?
Z rewelacji rozczulenia serca: stoję sobie w kolejce do kasy w Cropp'ie. Przede mną dwie dziewczynki w wieku 13-14 lat. Może nawet siostry. Pierwsza płaci złożoną w harmonijkę stówą. Dumna, zadowolona z zakupu. Druga płaci tak samo złożonym banknotem. Tak oto zapewne pozbyły się swojej świątecznej kasy :), ale z radością. To było takie milutkie.

Do następnego już w nie tak dobrym humorze. Histologio...zdechnij!

*chyba,że jest za grosze, to bierz i pielęgnuj niczym najdroższy skarb

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Po kolędzie.

Wczoraj miałam dzień odwiedzin. Najpierw razem z Badeczką (której nie widziałam już dosyć dawno) udałyśmy się do Ady (z nią nie widziałam się jeszcze bardziej dosyć dawno). Jak dobrze było posiedzieć tak razem i upewnić się, że wszystko w porządku u tej dwójki.
Następnie spontanicznie wpakowałam się do Dziuniuchny. Ha! Gadki o maturze, studiach i liceum. Juz nie mogę się doczekać kiedy zda egzaminy i dostanie się na swoją wypatrzoną uczelnię i będzie mi opowiadała o swoim życiu studenckim ^^. Oczywiście już rozplanowała, że ona jako przyszły psycholog, ja jako przyszły kosmetolog, a nasz wspólny znajomy jako fizykoterapeuta otworzymy wspaniały ośrodek-spa i holistycznie będziemy 'uzdrawiali' naszych klientów. Miło by było mieć ich za współpracowników, ale to tylko takie gadanie. Liczę na nią! Będę miała darmową terapię xP.
Wieczorem po powrocie z kolędowania obejrzałam 'Wojnę polsko-ruską'. Nie słyszałam pozytywnych opinii o filmie. Książkę pare lat temu miałam w ręce. Po paru stronach stwierdziłam, że nie mogę się wczytać i porozumieć z tą lekturą. Tak oto skończyła się moja przygoda z Masłowską. Może jestem nienormalna, ale coś oczarowało mnie w tym filmie...Zaskoczyło? Zatrzymało? W każdym razie nawet mi się podobało i w trakcie oglądania stwierdziłam, że nie żałowałabym wydanych pieniędzy na bilet, gdybym oglądała to w kinie. Borys Szyc w głównej roli sprawdził się i to bardzo. Nie powiem, że polecam każdemu tą pozycję, czy że warto się z nią zapoznać. Obraz dość specyficzny i zapewne nie do końca dobrze go interpretuję, ale tak sobie myślę, że chyba warto powrócić do książki w celu dokładniejszego zrozumienia filmu.
Od soboty jakaś choroba się do mnie dobiera. A ble! Po dzisiejszym shoppingu pewnie rozłoży mnie na dobre. Co z tego, kiedy jeszcze sporo mam do załatwienia! Trzeba będzie jakoś przekulać i poumierać trochę na ramionach Aliszji w tej Łodzi. Mam nadzieje, że jakoś ze mną marudzącą na potęgę (dzieje się tak zwłaszcza, kiedy jestem chora,albo zmęczona) wytrzyma. Szczerze mówiąc, po wczorajszych tłumach w sklepach nie spodziewam się udanego polowania, ale może coś tam uda mi się wypatrzeć. Zobaczymy.

Do następnego, oby żywego.

piątek, 25 grudnia 2009

Spokój.

Każdy powrót do domu, to był wieczny wyścig z czasem. Jak wygospodarować dodatkową godzinę w ciągu dnia, by coś załatwić, z kimś się spotkać. Przyjemnie jest, kiedy wiem, że mam czas na spotkania, czas na spanie ile wlezie, czas na oglądanie filmów i innych takich. Przyjemnie jest mieć świadomość, że mam czas.
Czy czas można wartościować? Z moich obserwacji wynika, że bez przyzwolenia robimy to dokonując swobodnego wyboru w wypełnianiu wolnych chwil. Czy chwila spędzona w pracy nie będzie równała się chwili spędzonej z kimś ważnym, czy chwili spędzonej na graniu w pasjansa? Myślę, że nie. Z chwili spędzonej w pracy wyciągniemy korzyść materialną, finansową, ze spania wyciągniemy korzyść psychosomatyczną- regeneracja sił i relaks umysłu (choć podobno on nigdy nie przestaje pracować), z gry w durnego pasjansa możemy zaczerpnąć inspirację, relaks, ćwiczenie matematycznych sfer naszego mózgu. Czas jest nasz, dla każdej jednostki inny, choć potrafi się rozlać i złączyć grupę ludzi na jakiś okres. Każda minuta jest bezcenna, a tak bardzo nie potrafimy szanować czasu innych ludzi. Szkoda.
Święta sobie powoli mijają. I dobrze. Dostałam czekoladowego diabła ( którego foteczke możecie podziwiać) ^^. W tym roku całkiem na bogato. Pod choinką poza szatankiem znalazłam szlafrok, kopertę, perfumy (zapach ciężki, w ogóle nie kojarzący się z osobą w moim wieku. trudno, będę używać), czekoladowego mikołaja. W wigilijny poranek otrzymałam jeszcze okulary z restyle.pl. Wyglądam w nich jak kot :P. Są troszkę duże, ale i tak mniejsze niż w moich wizjach wywołanych obawą o zakup w ciemno. Jeszcze nie wiem czy wsadzę w nie szkła z moją wadą...Zobaczymy.
A! Co by pomęczyć trochę Was wszystkich odwiedzających mojego bloga dodałam muzykę. ]:-> he. Na świąteczną tapetę poszedł Shakin Stevens ze swoim nieśmiertelnym 'Snow is falling', następne na liście 'Lord of the board' w wykonaniu Guano Apes to takie moje piosenki-faworyci tegorocznych świąt. Dalej jakieś bzdurki. Just enjoy!

Do następnego!

wtorek, 22 grudnia 2009

'Marzenie kobiety: mieć stopę wąziutką, a żyć na wysokiej'

Dziś zdecydowanie przyjemny dzień. Trochę wysiłku, trochę obowiązku, trochę Aliszji i przyjemności bycia. Posprzątane, kupione, puder z Biochemii Urody dostarczony. Teraz tylko go używać i oby okazał się dobry. Nie mówię, że wspaniały, bo najlepsze okazuje się to co odkrywamy przez zupełny przypadek, niechcący. Jest szansa, że drugi prezent (po pudrze) jaki sama sobie sprawiam dojdzie jutro.
Dzisiaj nawet trochę się ukulturalniałam na Wieczorze Kolęd w Szkole Muzycznej. A co! W końcu wykonywany został utwór w aranżacji Ali, a później przepięknie zaśpiewała. Jakoś najambitniej zabrzmiał występ przygotowany przez Alę. Reszta wydała mi się czymś zupełnie przypadkowym, co ostatecznie można było podciągnąć pod grę w świątecznym klimacie. Nieważne. Po koncercie udałyśmy się na pogaduchy. Rozgrzewałyśmy się- ja gorącą czekoladą, ona piwkiem z imbirem. Dostałam kolejny w tym roku wspaniały prezent świąteczny :) Najgorsze, że ja nie miałam nic dla niej :C. Było mi przykro. A tak cholera jasna sobie myślałam przed wyjściem: jak będzie miała dla mnie jakiś prezent, to jej piżgne! No, ale nie piżgnęłam. Ale już mi lepiej, bo wymyśliłam co ja jej dam ]:->
Otrzymałam od Aliszji przepiękną opaskę do włosów z satynową kokardą w kolorze fioletu. Śliczna. Najśmieszniejsze jest to, że ostatnio tak sobie pomyślałam, że warto byłoby zainwestować w jakąś przepaskę z kokardką, bo teraz dużo ładnych można spotkać. Nawet głębiej nad tym zakupem nie zdążyłam się zastanowić, a zachcianka już została spełniona. Julian Tuwim wysnuł taką oto myśl 'marzenie kobiety: mieć stopę wąziutką, a żyć na szerokiej'. Niech zatem to będzie moje prawdziwe życiowe marzenie! Chyba lepiej jest, kiedy człowiek odczuwa chęć zrobienia, czy kupienia czegoś drobnego, o niedużej wartości. Nie czuje tak łatwo rozczarowania i bólu jakie przynosi mu niemożność osiągnięcia celu.
Tak na prawdę nikt się nie dowie, co znaczy dla mnie ta opaska. Najchętniej poszłabym w niej spać, ale się zniszczy. Tego nie chcę na pewno. To kolejny przedmiot, który trafia w moje ręce, a w myślach egzystuje jako coś magicznego. Coś obdarzonego duszą. Coś niepowtarzalnego.
Jeszcze tylko króciutki tydzień i spotkam się z wspaniałymi ludźmi. Aliszja była preludium, a za razem sygnałem do zniecierpliwienia i ściskającego żołądek pytania: ile można czekać?

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Kalendarz

Dziś byłam na prawdziwych zakupach spożywczych <3! Takich wiecie, wybierasz co lubisz, ile chcesz, bierzesz lepsze, a nie tańsze. Niestety na początku odruchowo porównywałam ceny i wyciągałam łapę po najtańsze, ale kiedy się na tym złapałam wybrałam to co lubię. Kupiłam perfumy dla mamy. Już wiem, że będę jej podbierała xP. Mi osobiście bardzo się podobają. Mamie mam nadzieję, że też przypadną do gustu. Przynajmniej opakowanie jest zielone (w jej ulubionym kolorze), więc może to przeważy nad tym czy jej się podoba, czy nie ^^'.
Dziś bardzo osobisty plan na najbliższe dwa tygodnie, bo powoli się gubię co i kiedy mam do zrobienia.


WTOREK:sprzątanie,17.00Alicja
ŚRODA: szewc,pierogi,wigilia u Weroniki
CZWARTEK-NIEDZIELA:świąteczne nicnierobienie
PONIEDZIAŁEK: (chyba)Aliszja+Łódź+shopping
WTOREK:9.00 szycie,biblioteka
ŚRODA: studia
CZWARTEK-PIĄTEK: gotowanie, sylwester z Bohemą
SOBOTA: powrót na studia

Ostatnio (od powrotu do domu) ogarnął mnie szał na przerabianie ciuchów. Co z tego wyniknie zobaczycie sami, o ile zrobię foteczki :P. O tym innym razem.
A dziś parę kokardkowych ciuchów, które możenie sobie nabyć.



Niektóre ceny powalają, ale poinspirować się zawsze warto xP.

Do następnego.

niedziela, 20 grudnia 2009

Aromaterapia.

Tak się zastanawiam ciężko nad prezentem dla mamy. Mam dwie opcje z trzecią w zanadrzu. Rozgrzewająca poduszka z Pachnącej Szafy (o ile będzie w miejscowym Rossmanie), zapach Elizabeth Arden Green Tea bądź książka - oto co wymyśliłam. Zdaję sobie sprawę, iż zapach to bardzo indywidualna sprawa, dlatego też dziś notka poświęcona aromaterapii.
Oczywistą sprawą jest, że aromaterapia to leczenie, a właściwie terapia przy pomocy zapachu. Aromaty używane w aromaterapii pochodzą z olejków eterycznych - naturalnych ekstraktów roślinnych bądź otrzymywanych w sposób syntetyczny. Są dwa zasadnicze sposoby wprowadzania do organizmu owych olejków.
Pierwszym i najbardziej znanym sposobem aplikacji zapachu jest skóra. Kąpiel z dodatkiem kilku kropel olejku eterycznego jest najprostszym i bezpiecznym zabiegiem aromaterapeutycznym jaki każdy może sam wykonać. Należy jednak pamiętać, że jeśli ma to być kąpiel relaksująca, to powinna mieć temperaturę wyższą ok.38 °C,a jeśli kąpiel energetyzująca, to kąpiemy się ok.15-20 minut używając ciepłej, a nie gorącej wody. Kąpieli takich możemy zażywać nawet kilka razy w tygodniu.
Drugą drogą wprowadzania do ciała aromatu są drogi oddechowe. Niech Wam się to nie kojarzy tylko z siedzeniem z głową pokrytą ręcznikiem nad garnkiem wrzątku z dodatkiem aromatu ;). Oczywiście taki sposób inhalacji będzie korzystny przy kaszlu, katarze, czy ostrym trądziku. Nie polecam jednak, jeśli fizycznie nic Wam nie dolega,albo boli Was głowa. Inhalacje olejkami eterycznymi można wykonywać przy pomocy kominków (można dostać w sklepie typu 'wszystko po 4 zł') i podgrzewacza. Jest to bardzo przyjemna metoda, jednak jeśli ktoś z domowników nie przepada za stosowanym przez Was zapachem może to okazać się dość uciążliwe xP. Taki kominek stawiacie sobie w pokoju i już, oddychacie sobie wdychając woń.
Niestety, z olejkami jak z lodami. Nie każde lody czekoladowe będą smakowały tak samo dobrze. Wszystko zależy od składników i ich proporcji zastosowanych w przepisie danego producenta. Identycznie jest z olejkami. Tyle, że z olejkami więcej zachodu :P. Wystarczy zebrać daną roślinę w złej fazie rozwojowej, a już aromat będzie gorszy. Także to, że jednego producenta olejek lawendowy (o ile to my nie przegięliśmy z aplikacją zapachu) jest duszący nie oznacza, że drugiego będzie taki sam. Albo to, że jednej firmy olejek mięty pieprzowej ma mentolowy zapach, a drugiej bardziej miętowy. Czasem trzeba pokombinować, ale czasem zwyczajnie nie lubimy danego zapachu i mimo najlepszych właściwości na dane schorzenie będzie nam szkodził. Logiczną sprawą jest, że szukamy innego olejku eterycznego, który może pomóc na to samo ;). Ciekawą sprawą jest, że występują zapachy uniwersalne! Są one lubiane przez wszystkich. Przykładem jest chociażby olejek mandarynkowy. Pominę tu kwestię właściwości poszczególnych olejków, gdyż są one wypisane na opakowaniu lub wystarczy poszukać w sieci.
Podsumowując serdecznie polecam wszystkim aromaterapię zważywszy na to, że to nie jest droga sprawa. Najlepiej terapię tą jest łączyć z innymi terapiami np. muzykoterapią, chromoterapią, czy przy jakichkolwiek zabiegach kosmetycznych. Praca przy komputerze z ulubioną muzyką i rozpalonym konikiem aromaterapeutycznym także się sprawdzi ;)

Dbajcie o siebie i relaksujcie się!

Do następnego

Ps. W chwili gdy używacie choinki sztucznej bardzo miłym rozwiązaniem jest zastosowanie kominka z paroma kroplami olejku sosnowego, czy innego drzewka iglastego. Atmosfera, relaks i zdrowie - same korzyści.
Ps.2 Cholera, jednak czegoś sie nauczyłam na tych studiach ^^' Kto by pomyślał...

czwartek, 17 grudnia 2009

'A mogę popisać twoim ołówkiem?'

Koleżanki (już byłe sąsiadki Domu Muminków) dziś przeniosły swoje rzeczy do pokoju obok. Cieszę się, bo dziewczyny często zostają na weekend. Nie będę już taka zupełnie sama :).
Mróz daje nieźle w kość, ale w tym roku postanowiłam nie marudzić na zimno. A co! Trzeba być twardym, nie miękkim. Zwłaszcza po rozgrzewającej serce rozmowie ze znajomymi. Chłopaki pomagali przewieźć rzeczy dziewczyn. Później podwieźli mnie na uczelnie. Sami z siebie to zaproponowali. W drodze zapytali się mnie czy za nimi tęskniłam, bo dawno się nie widzieliśmy. Zatkało mnie. Zapadła cisza. Oni w śmiech, wypomnieli mi, że już o nich zapomniałam. Ja nic takeigo im nie mówiłam, mimo iż rzeczywiście zatęskniłam za nimi, ale jak facetowi się coś takeigo powie to on zaraz snuje sobie teorie, że dziewczyna czegoś od nich chce. Powiedziałąm im dokładnie to samo tłumacząc czemu nie mówiłam, że tęsknie. A oni na to, że mam im mówić wszystko ^^. I w ogóle zaprosili mnie na jakąś imprezkę, coś. Byli tacy milutcy. Ja cały czas myślałam, że jestem dodatkiem do współlokatorek (tych byłych i współlokatorki z pokoju). Jednak traktują mnie jako oddzielną jednostkę! Cieszę się.
W przednim nastroju, po podwózce chłopaków udałam się na anatomię. Kolokwium przeniesione, więc bez spięcia przeżyłam dzień dzisiejszy.
Przechodząc do sedna mojego postu, oglądamy sobie telewizję z wszystkimi współlokatorkami i sie pochwaliłam dziewczynom moją koszulką 'GUCCI' od babci. Jedna z dziewczyn przytoczyła taką oto historię ze swojego życia:
Dostałam kiedyś perfumy Chanel no i dodatkiem był ołówek z logo firmy. Takim błyszczącym. Piszę sobie nim na anatomii, a laska obok ciągle się gapi na to co ja piszę.
-Nie możesz nadążyć, powtórzyć ci coś?-zapytała współlokatorka
-Nie. A mogę popisać twoim ołówkiem?-odpowiedziała błagalnym, rozmarzonym głosem dziewczyna z grupy

Co to z ludźmi robi głupia metka...właściwie to logo.
Eh. Tym czarującym akcentem kończę.

Do następnego. Nie zamarzajcie.

środa, 16 grudnia 2009

Ciapa czyli skrajności ubóstwienia własnej osoby.

Na uczelni nijak. Z biologii już szykuję się na poprawkę. Z historii liczę na zaliczenie i nastawiam się pozytywnie. Może to jakoś przepchnie magiczną granicę zdawalności i będę miała już jeden przedmiot do sesji z głowy. Referat znów przesunął się na kolejne zajęcia. Na chemii nie wyszło mojej grupie badanie składników olejku miętowego na chromatogramie. Dziadostwo! Czyżby pierwsza ocena niższa niż 4,5 (jedno, reszta 5 xP) z tego przedmiotu? Właściwie to tylko ten przedmiot ze ścisłych mi podchodzi. Chyba przez bardzo wyrozumiałego i fajnego prowadzącego. Nigdy nie pociągało mnie laboratorium chemiczne. Teraz też nie, ale przyjemnie jest robić te wszystkie badania i pomiary i dostawać pomoc ze strony doktora i pytać się czemu tak a nie inaczej i jasno, prosto, bez udawania, że jesteśmy inżynierami i znawcami chemii mieć podane tłumaczenie. No, to jeszcze jutro kolokwium ze stawów i koniec tej przedświątecznej masakry naukowej.
Mówiąc o masakrze nie mogę pominąć moich porażek życiowych.
1. W piątek kupiłam sobie buty. Pierwsze jesienno-zimowe na niewielkim obcasie. W poniedziałek już nie miałam fleka i uszkodziła się podeszwa lewego buta. Wszystko dzięki temu, że poślizgnęłam się na bruku -,-.
2. W poniedziałek rano wyszłam na wykłady zaczynające się o 8. Maszeruję sobie dziarsko przez osiedle, gdzie znajduje się moje mieszkanie. Na płaskiej tym razem podeszwie. Dup! Gleba z lądowaniem na tyłku -,-.
3. Wtorek. Współlokatorka po moim powrocie z nieudanych laboratoriów z chemii prosi mnie o pomoc w zrobieniu prania, bo jeszcze tą pralką się nie posługiwała. Wskazałam jej nie ten co trzeba pojemnik na proszek. Proszek do prania ląduje w komorze na płyn do płukania. Fakt, że ze śmiechu słaniałyśmy się po ziemi dobre 15 minut, ale to nie zmienia faktu, iż jestem ciapa -,-.

Coś jeszcze głupiego odwaliłam, ale już zapomniałam. W każdym razie dochodzę do wniosku, że jestem okropną niedorajdą. Łamagą. Ciamajdą. Ciapą! Jednocześnie uwielbiam siebie za niektóre głupoty, które odstawiam, bo sama się z tego śmieję. Z drugiej jednak strony mam ochotę zdechnąć, kiedy odwalam beznadzieje :/.
Wczoraj wieczorem z racji tego, iż w dzień spałam od jakiejś 16 do 19.30 pościągałam sobie japońskie gazetki i wygrzebałam trochę kokardkowych rzeczy.

Do następnego.

czwartek, 10 grudnia 2009

Nareszcie!

Nareszcie od 1 października czuję się zrelaksowana. Układa się jakoś po mojej myśli. Czuję się stabilna.
Przed chwilą wróciłam z kolejnym kubkiem herbaty. W czasie, gdy gotowała się woda wyglądałam przez okno. Na osiedlu pusto. Współlokatorki śpią. Chyba mają jakieś ważne zajęcia, bo wyjątkowo szybko położyły się spać i wieczorem były cicho. Kurza stopa, czuję się tak jakbym tylko ja tutaj nie spała o tej porze. Wyglądam przez okno pokoju i gdybym nie wiedziała, że naprzeciwko jest blok, w życiu bym nie powiedziała, że cokolwiek poza wolną i ciemną przestrzenią się tam znajduje.
Mojej koleżanki z pokoju nie ma. Wróciła do domu. Od wczoraj czytam po nocy mangi i słucham muzyki jakiej zechce. Rzucam swoje ciuchy jak chce. Sprzątam kiedy chcę. Wietrzę pokój kiedy chcę. Hałasuję i poruszam się swobodnie. Poznałyśmy się dopiero na studiach (czyli niecałe 3 miesiące)i ku mojemu zdziwieniu układa nam się całkiem nieźle. W każdym razie nie wchodzimy sobie w drogę, a wręcz pomagamy.
Mimo wszystko już odzwyczaiłam się od dzielenia z kimś pokoju. Zwłaszcza z kimś obcym. Nawet na obozach letnich od kilku dobrych lat dzielę pokój z dwiema przyjaciółkami.
Dlatego też korzystam ile się da ze swobody jaką pozostawiła mi współlokatorka. Jestem jej z całego serca wdzięczna. Czuję jakbym strasznie dawno czytała dla siebie z przyjemności. Studia chyba męczą.
Wracając z zajęć przypomniał mi się komentarz do poprzedniego postu o bocianiej kupie. Zaczęłam się na głos śmiać. Babeczka prowadząca przede mną rower się obejrzała. Udałam, że to kaszel. xD




Do następnego pewnie już zestresowanego wizją nauki na kolokwia.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Drogi Święty Mikołaju...

Pierwsze Mikołajki bez prezentu w bucie/na stole w kuchni. He. Właściwie zapomniałabym o tej imprezie gdyby nie jakaś tam studencka inicjatywa z uczelni, czekoladowy mikołaj od Sąsiadek Muminków i piwo od Mikołaja (jednego z Muminków) ;).
W ramach zadośćmikołajenia stworzyłam listę rzeczy po znalezieniu których pod choinką nie pogniewałabym się nic a nic. Właściwie jakby nie patrzeć dwa prezenty już zostały zrealizowane: sukienka dzienna, którą kupiła mi uczelnia (za stypendium z uczelni) i chusta od babci zakupiona na ul.Warszawskiej,starsza ode mnie (marzyła mi się chusta Hermesa, ale babcina ma dusze-jest 100000000000000razy lepsza!).


1. Cokolwiek od Vivienne Westwood
2. Broszka (ceny tych kokardkowych zaczynają się od jedynych 200zł :P)
3. Książka tematycznie związana z modą
4. Nowe oprawki do okularów
5. Wielkie lustro do mojego pokoju w domu
6. Lusterko kieszonkowe (nie obraziłabym się za Anny Sui-takie samo jak na kolażu)

A foteczka rękawiczek to taka mała kokardkowa inspiracja.
Właściwie nie pogardziłabym też ładnym portfelem, może jakimś różowym...
Jakimiś ciekawymi rajtkami: błyszczącymi, z dziurami, kropkami, malowidłami też nie pogardzę.

Sukcesywnie sobie sama zrealizuję te prezenty! A co!

Wracając do spraw przyziemnych, anatomię ledwo bo ledwo, ale zaliczyłam. Histologia : 22/30 punktów ]:->.
Ale właściwie mam to gdzieś. Idą zaliczenia, zbliża się sesja i egzaminy ;(. MAMO! Ja chcę już do domu. Ubrać choinkę. Poodkurzać nowym odkurzaczem, którego jeszcze nie widziałam. Nienawidzieć świąt. Powkurzać się na rodziców, że mają świąteczną padakę i wcale nie odpoczywamy i świętujemy, tylko zasuwamy przy garach i sprzątaniu. Czekać na siostrzyczkę i jej męża. Iść na koncert Aliszji. Spotkać się z Badusią. Może z Panem Jarżą eN. też...kto wie.

Czuć zimę. Jeszcze 12 dni. 1 test zaliczeniowy. 2 kolokwia. 1 referat.

Do następnego

Ps. Przypomniało mi się xP Jak wracałam wkur*iona z anatomii do mieszkania to osrał mi buciczka ptak. Trochę mnie to rozbawiło. Jednak kupa ptaka szczęście przynosi! Anatomia fuxem zaliczona ^^. Hehe.

niedziela, 6 grudnia 2009

Domowy weekend

Właściwie w ten weekend jeszcze nie spałam w wynajmowanym przeze mnie mieszkaniu. Hue. W piątek byłam w Domu Muminków na 'Harrym Potterze', później godziny rozmów i nagle dobrze po 1. Mróz, daleko, sąsiadki zaprosiły mnie na noc.
W sobotę umówiłam się z dziewczynami, że zrobimy sobie sałatkę grecką, posiedzimy, pooglądamy tv i poobijamy. Zawinęłam do nich po 17. Około 19 poszłyśmy podręczyć Muminki. Pograłyśmy na konsoli, dziewczyny posiedziały na necie, 'Mam talent', a później Dragon Ball (napierd*alanka) do 1. <3.
Cofnijmy się do czwartku, kiedy to świętowaliśmy urodziny Informatyka (jednego z Muminków). Omal nie wylądowałam na noc u Muminków. Na całe szczęście na mieście spotkałam się z współlokatorką i razem w stanie nietrzeźwym powróciłyśmy na mieszkanie.
Podsumowując weekend na linii czwartek-piątek-sobota zaliczony do udanych.
Na mieszkaniu zamieszanie z okazji zwolnienia dużego pokoju. Lokatorka zza ściany dostała wczoraj jakiegoś szału, że to jej i E. (koleżance z pokoju) należy się ten pokój, a nie dziewczynom, które się wprowadzą tu od stycznia. Paranoja. Przed powrotem do mieszkania umówiłam się na spacer z dzielącą ze mną pokój dziewczyną, by spokojnie pogadać. Też miałyśmy ochotę na ten pokój. Wymyśliłyśmy losowanie. I znów oczywiście kto zaczął 'poważną' rozmowę w szerszym gronie? JA -,- ! Dżizassss! Kto tu jest dorosły ja się pytam.
Pewnie nieraz wspomnę o sytuacji na mieszkaniu, bo coś czuję, że zwyciężczynie (dziewczyny zza ściany) jeszcze czegoś będą chciały.
Histologio przybywam!

Pozdro 600!

środa, 2 grudnia 2009

Uczelniane prawdy objawione.

W sobotę, będąc jeszcze w domu postanowiłam sobie ciężko, że zacznę lepiej ubierać się na uczelnię. Bo dzień w dzień bez zastanowienia chwytam byle jaki czysty t-shirt, czyste jeansy i bluzę we wtorki (bo po wykładach lecę na techniki relaksacyjne),a resztę tygodnia sweter. NUDA! Jak postanowiłam tak nie zrobiłam.
Poniedziałek i dziś miałam to samo na sobie. Jeansy, t-shirt i z zachcianki żakiet. Dziś uświadomiłam sobie, że góra całkiem guzikowa. I na rękawkach koszulki guziki i marynarka ozdobiona guzikami. Od razu na myśl przyszła mi piosenka Wyclef'a Jean'a i Will.I.am'a 'Let me touch your button'
We wtorek w dziekanacie między 14 a 17 miały stawić się wszystkie osoby z I roku mojego (i tylko mojego) kierunku, które nie były na inauguracji roku akademickiego. -,- Żal. Polazłam tam tylko dlatego, że o 14 kończyłam w tym samym budynku chemię. No i tak dowiedziałam się od 'przemiłej' pani rektor/dyrektor/ch*j-wi-kto, że 'student nie ma spraw osobistych'. Myślałam, że padnę. Zniesmaczona wróciłam do mieszkania i po rozmowie z współlokatorką nareszcie poszłam spać! Na trzy bite godziny ^^ xD. Odpoczęłam. Uf. Obudziłam się o 19 i poskubałam trochę anatomii.
Jutro kolejne urocze koło z anatomii. Już rzygam tymi kośćmi. Wolałabym pouczyć się czegoś innego :C. Znając życie jeszcze za tym zatęsknię. Czuję, że jak zwykle jutro przed wyjściem na laboratoria w panice czegoś tam się nauczę, a z reszty zrobię ściągę. Tyle, że jutro będzie wyjątkowa anatomia i odpytywanie przy szkielecie. Zdechne. A może nie?
Humor już lepszy. Natali wraca do formy co mnie bardzo uradowało dziś i naładowało energią. Jutro po anatomii zaliczonej czy nie planuję iść z dziewczynami (sąsiadkami Domu Muminków) do kina. Czyli chill.

Do następnego oby anatomicznie zaliczonego.



Ps. Miałam wstawić zamaist foteczki teledysk, ale czas pobierania wyskoczył mi 12 godzin. Podarowałam sobie. Jak kto chce niech włazi na linka i słucha.
Ps2.Teraz (21XII2009r.), kiedy jestem w domu zamieszczam teledysk ;)