niedziela, 31 stycznia 2010

Niewiara z niewiedzy.

Zastanawiam się do kogo mieć żal, do siebie, czy do doktora Neo od biologii i genetyki. Do siebie mogę mieć pretensje o to, że zostawiam wszystko na ostatnią chwilę, częstokroć licząc na zwyczajny łut szczęścia i skromną, niepielęgnowaną wiedzę. Prowadzący winny może być jednego, nieuczciwości. Pytania testowe z egzaminów poprzednich roczników niekiedy są wywleczone z kosmosu, a żadna dokładna informacja na dane zagadnienie nie była omówiona przez niego, czy to na wykładzie, czy na ćwiczeniach.
Histologia okazała się masakrą. Oczywiście tu akurat winić mogę jedynie siebie, że nie uczyłam się budowy i opisu rysunków, czy też zdjęć danych preparatów. Wszystko w porządku. Mimo wszystko jestem dobrej myśli i liczę na zaliczenie. Jutrzejsza biologia przejeżdża po mnie kilkutonowym walcem i miażdży mięśnie. Czuję się pusta. Nie posiadam jakiejkolwiek wiedzy na temat pytań, które mogą pojawić się na egzaminie. Pierwszy raz w życiu idę na sprawdzian starając się wyuczyć poszczególnych zagadnień zdając sobie sprawę, że go nie zaliczę. Wczoraj mój kierunek, tyle że niestacjonarny pisał owy egzamin. Zdała jedna osoba.
Czuję się fatalnie. Zawiodę sama siebie, a na dokładkę wszystkich którzy we mnie wierzą. Nie do pomyślenia jak wiele osób wierzy we mnie i moją główkę. Tylko czemu ta główka jest tak ciasna i ograniczona? Zmęczona, zła, rozżalona, rozgoryczona, podłamana (jeszcze nie załamana)...
Z jednego faktu, no z dwóch jestem zadowolona. Nie mam chęci stąd uciekać i rezygnować. Wciąż posiadam wolę walki oraz zdaję sobie sprawę, że na niezaliczonych egzaminach świat się nie kończy. Drugim powodem do radości jest fakt, iż jutro po egzaminie-mordercy wracam do domu.
Się ułoży. Się coś wymyśli. Ja wiem.

Do następnego.

Ps. Widok z okna kuchni wynajmowanego przeze mnie mieszkania. W tle widać ośnieżone góry.

piątek, 29 stycznia 2010

Karinka.

Za mną pierwszy egzamin. Z mojej głowy uszło trochę ciśnienia. Pomimo tego, czuję na karku oddech poniedziałkowego egzaminu z biologii i genetyki. Zdam! Nie będę się bawiła w żadne poprawki!
Wczoraj tak sobie leżałam i zanim wzięłam się za powtarzanie pomyślałam o mojej Bohemie. 2/5 choruje, 1/5 wraca do domu na bardzo długie ferie, u kolejnej 1/5 nie mam pojęcia co się dzieje i mam nadzieję, że egzaminy idą jej pomyślnie. No a u mnie sami wiecie. W chwili kiedy tak sobie rozmyślałam bezczelnie pomyślałam o stylu Karinki. Ubiera się stonowanie, niekrzykliwie, ale bardzo stylowo i konsekwentnie. Wizerunek kobiecy w męskim wydaniu- to zdecydowanie do niej pasuje.
Niestety równie bezczelnie uroiłam sobie zestaw w jaki ubrałabym przyszłą panią prawnik. Widzę ją w topie bez ramiączek, acz zabudowanym w kwiecisty wzór (wiem, że w nowej kolekcji H&M występują takowe), spodniach z lekko napompowanymi biodrami lub zupełnie zwykłych materiałowych rurkach (koniecznie w takim kolorze jak na obrazku!) i męskiej, smokingowej marynarce, a do tego garniturowe butki (lakierki) oraz duża aktówka-kopertówka. Wszystko w najlepszej jakości! Niech wybaczy mi ten nietakt i nie sugeruje się moimi wymysłami. To tylko obrazki w mojej głowie. W tle występują kleksy tuszu i pióro, bo w liceum zawsze go używała, rozkręcała i miała brudne łapki. Lubiłam to :)
Współlokatorka każe mi dopisać, że jestem życzliwa, bo kupiłam jej okładkę na index ^^.

Do następnego. Kiedyś tam. Pewnie nerwowo załamanego.

wtorek, 26 stycznia 2010

Pustostan w głowie.

Ja nie myślę. Robię sobie od tego przerwę. Nie czuję i nie przeżywam. Widzę lecz nie obserwuję. Bez dedukcji i rozmyślania. Bez wstrzymywania oddechu. Egzaminy z histologii oraz biologii i genetyki zawładnęły moim mózgiem. Co ja mówię, jakie egzaminy, całe studia. Wciąż rozpisuję, układam, planuję, sprawdzam, organizuję, podpisuję, porządkuję. Pilnuję sama siebie. Przez najbliższe dwa tygodnie jestem pusta i próżna. Moich myśli nie zajmuje nikt i nic poza studiami. Obecnie nie umiem tęsknić, chyba że za snem i odpoczynkiem. Nie znam nikogo, tylko siebie.
Nie mam pojęcia co mi się z głową porobiło z okazji sesji. O niczym innym nie jestem w stanie myśleć, tylko o studiach. Dziś w ramach wypełniania skrupulatnie ułożonego grafiku odebrałam kartę zaliczeniową i zaczęłam zdobywać pierwsze wpisy. Jeszcze długa droga przede mną w wysyłaniu maili i proszeniu o dokonanie wpisu po wyznaczonym terminie. Na całe szczęście miłe panie z dziekanatu (na prawdę, bez ironii) wyjaśniły mi, że jeśli do 24.02 nie zdobędę wszystkich wpisów, to mam złożyć podanko o przedłużenie złożenia indeksu i nic szczególnego się nie stanie. Znaczy się, jest git.
W ramach paplaniny nie tylko studyjnej zestaw w którym śmigam po mieszkaniu na studiach. Męska flanelowa koszula (typ informatyka/pana 'robola') w rozmiarze 46, pasek przewiązany w talii, by nie wyglądać jak w worku, legginsy oraz ciepłe, pozytywnie różowe skarpetki w serduszka ^^, a włosy związane frotką z kokardką. Moja współlokatorka z pokoju umiera z zimna i przy rozkręconym na maxa kaloryferze zakłada swetry i inne ciepłe ubranka. Biedna.

czwartek, 21 stycznia 2010

Dziękuję za zęby, tato.

Do domu dotarłam przed 14. Pan kierowca zasuwał szybko, chwilami wręcz w sposób niebezpieczny,a chwilami zachowywał się jak najroztropniejszy kierowca świata. Śmiesznie. Pan ów był młody,dałabym mu maksymalnie 26 lat. Z kierowcą kojarzy mi się mężczyzna po 40, z wąsem i brzuszkiem. A tu szczupły, młody, w dobrze skrojonym garniturze (szary), krawacie(srebrnawy), koszuli (czarna) i niestety jakiś łańcuch na ręce, ale pod rękawem praktycznie niewidoczny :P. Do tego ładny płaszcz i uśmiech. Najs.
Wieczorem wjechałam do łazienki, by wymoczyć się, porobić peelingi, nawilżanie włosów i inne aromaterapie. Już wiem co jest dla mnie wyznacznikiem luksusu: duża wanna i ciepła woda w kranie. Później w oczekiwaniu na film wzięłam się za ozdabianie kalendarzyka.
Notesik ten dostałam od mamy, która dostała go od taty, on zaś otrzymał ten notatnik z racji firmowego przydziału. Był taki niechciany, ale estetyczny i skromny. Postanowiłam, że się nim zaopiekuje. Na jednym z wykładów, kiedy z niego korzystałam wpadłam na pomysł jak go przyozdobić. Kolejność stron notesu: 1. okładka, 2. okładka od wewnątrz przyozdobiona chabrową wstążką i koronką, 3.pierwsza strona ozdobiona kokardką i samoprzylepnym różowawym kamyszyszkiem.
Rano obudziłam się po 8. Napiłam się, poskakałam po kanałach tv i zawinęłam znowu spać. Po 9 ze snu wyszarpał mnie dzwonek do drzwi. Listonosz przyniósł moje łańcuszki, koraliki i inne pierdoły do robienia biżuterii. ]:-> Tak, moi mili, sama sobie zrobiłam łańcuszek z krzyżykami (zgapiony z forever21). Nie wiem czy efekt mojej pracy jest zadowalający (ładny), ale mam co chciałam, czyli zachcianka spełniona. Myślę, iż mimo wszystko spróbuje raz założyć ten mój wisiorek i sprawdzę reakcje otoczenia.
Dziś także udałam się do biblioteki (trochę kultury), a później na shopping xP. Dorwałam spodnie z obniżonym krokiem (za 14,90 ^^!) i zwykłą czarną bluzkę na długi rękaw w Top Secret. Kocham wyprzedaże w TS <3, bo marzyłam o takich portkach, a nie wyglądam w nich najkorzystniej. Nie wywaliłam kasy w błoto, bo w spodniach za 99zł(ich początkowa cena) żal by mi było łazić po domu. W ten oto sposób, jeśli źle się w nich będę czuła na ulicy staną się domowymi gaciami. Zakupiłam też męski t-shirt w rozmiarze XXL, który mam zamiar przerobić :>. Moja pomysłowość czasami mnie przeraża :P.
Powstrzymajcie mnie następnym razem, kiedy będę chciała coś kupić, błagam! Obiecuję sobie, że teraz będę tylko spoglądała na buty garniturowe! Na nic więcej!
O 17 byłam u dentystki. Skasowała mnie srogo -,-. Przynajmniej odkamieniła mi zęby i przy szczelinach są bielutkie i ładniutkie (nie na długo). Pochwaliła, że mam całkiem mocne zęby. Dziękuję tato! To właśnie jego geny tu zadziałały ^^. Ogólnie, jak będę miała zbędne osiem dych i chwile czasu mam przyjść i wymienić ostatni stary amalgamat, no albo jak coś zaboli. Nie nastąpi to prędko :P
No, nie zapomnijcie o Dniu Babci!

Do następnego.

PS. Przepraszam za kiepską jakość zdjęć.

środa, 20 stycznia 2010

'Cześć rzygolcu!'

'Cześć rzygolcu!'- tak oto czule przywitała mnie w poniedziałek przed zaliczeniem z etyki koleżanka, która także była na piątkowej spontanicznej imprezie. Cóż, powitanie nie przekłamane, co nie zmienia faktu, że niezbyt chwalebne.
Wczoraj myślałam, że skonam. Ból brzucha, całego ciała, każdego fragmentu układu ruchowego (szkielet+mięśnie) i dreszcze. Ból którego żaden mężczyzna w swoim życiu nie pozna. Niech się samce cieszą. Współlokatorka zabroniła mi iść na po południowy wykład w takim stanie. Zostałam w łóżku. Troche mi to pokomplikowało sytuację, gdyż nie odebrałam karty zaliczeniowej. W ten sposób będę musiała łazić za dwiema babkami i szukać ich i błagać, by wpisy zrobiły mi po terminie. Właściwie z jedną tak mieć będę. Dam radę.
Właśnie siedzę w PKS-ie. Jadę do domu. Wracam autobusem, gdyż pociąg do którego miałam się przesiąść w Opolu uciekł mi. Dosłownie na 2 minuty przed przyjazdem mojego opóźnionego pociągu. Zaklęłam na głos i poszłam kombinować jak najszybciej dostać się do domu. Pani na PKP (bardzo miła i uprzejma) starała się uklecić mi jakieś połączenie, ale niestety, dopiero po 13 ruszyłabym się dalej. Polazłam szukać na PKS. Znalazłam. Poczekałam od tej 7 do 10 w przydworcowym barze. Wypiłam cappuccino i zeżarłam zapiekankę. Całkiem dobre. Pożądałam czegokolwiek ciepłego, bo w pociągu nie grzali, a na łeb kapało mi błoto z kółek walizki.
W wyżej wspomnianym barze poczułam się jak burżuj z Nowego Jorku. Kawusia, laptop na stoliczku, rozmowy przez telefon, szmery-bajery... Powiem to po raz kolejny: mobilny internet i małe netbooki to wspaniały wynalazek. Nie powiem, w pomieszczeniu było zimno, ale przyjemnie. Obsugiwał miły pan, zapuścił jakieś radyjko, nie wygonił mnie przez te 2 godziny, mimo iż po 20 minutach z kawy i zapiekanki nic nie zostało.
Jestem z siebie dumna. Ani przez chwilę nie panikowałam, czy też denerwowałam się. Pełen luz. To panikowanie,właśnie, kiedy nie wiem gdzie jestem i na własne nogi nie bardzo mam co liczyć, zdarza mi się często. Może powinnam napisać zdarzało? Nie chwalmy dnia przed zachodem słońca! Chyba dorośleję ^^. Oby.

Dumna i spokojna mówię Wam: do następnego (już zupełnie domowego)!

Ps. Mały kolażyk, niezbyt przepiękny, bo wykonany w trzęsącym autobusie.

sobota, 16 stycznia 2010

DIY i spontaniczne imprezy.

Wczoraj po 11 z dwiema współlokatorkami byłyśmy na zaliczeniu. To zajęło 20 minut. Później jedna udała się na trening, druga do mięsnego, a ja na ciuchowe polowanie. Kupiłam legginsy imitujące latex-skórę-błyszczący materiał oraz gruby, długi i ciepły sweter. By dokończyć kompletowanie urojonego setu brakuje mi tylko jakiegoś niezbyt zabudowanego topu.
Już razem z koleżanką, która udała się do mięsnego weszłam do lokalnego sklepu z asortymentem rockowo-metalowym (jeśli tak to mogę nazwać). Aby wejść do środka należy zejść schodkami w dół, a obok jest sklep z garnkami, naczyniami i innymi kuchennymi pierdołami. Dziewczyna była przekonana, że wchodzimy do tego sklepu obok, kiedy skręciłam w prawo i nadepnęłam na pierwszy stopień ona zauważyła plakaty i zorientowała się dokąd idziemy. Zapytała mnie: a ja tam mogę wejść? Myślałam, że padnę ^^. Swoje pytanie tłumaczyła tym, że ona, blondynka, w kozaczkach na obcasie, z foliówką mięsa tam nie pasuje. Weszłyśmy. Przy kasie stali dwaj panowie w typie metal. Z głośnika leciały szatańskie melodie typu 'Kako demona'.
Ja obniżyłam głosik i wypowiadałam się przeuroczo 'czy mają panowie', 'czy wiedzą panowie',itd. Na koniec rzuciłam słodziutkie dziękuję i do widzenia xD.
Wróciłyśmy do domu i zabrałam się za przerabianie moich butów. W sklepie z panami metalami za ladą zakupiłam ćwieki. Już od dawna chodziło mi po głowie nabicie tych butów, ale się nie składało. Wczoraj się złożyło. Wklejam foteczkę brązowego modelu przed odpicowywaniem, bo na czarnym detali buta nie widać. Następnie zabrałam się za rękawiczki. Do zwykłych, zakupionych w październiku rękawiczek doszyłam kokardki xP. I już.
Już całkiem wieczorem wypiłyśmy szampana i postanowiłyśmy się ruszyć z mieszkania. Wylądowałyśmy w Domu Muminków. Bez zapowiedzi. Byli zdziwieni, ale uradowani. Współlokatorka (blondynka, w kozaczkach na obcasie, wcześniej z foliówką mięsa) obecna a niegdyś sąsiadka Domu Muminków nagadać się nie mogła. Muminki stwierdziły, że odkąd się wyprowadziła nie było tam tak wesoło :). Było miło, ale tylko do czasu. Do chwili aż alkohol mnie nie pokonał. Jak wyszłyśmy przed 22, tak wróciłyśmy o 02.30. Obudziłam się po 8 i nadal prosto chodzić nie umiałam. Błe. Na całe szczęście mogę sobie dziś poumierać i na całe szczęście, że nie prędko przyjdzie mi konfrontować się z alkoholem.

Do następnego! Niech kace mordercy Was nie mordują.

czwartek, 14 stycznia 2010

'You know that we are living in a material world and I am a material girl'

Tydzień chyli się ku końcowi. Ja nie wiem jak to się dzieje, ale po rozmowach nieplanowanych z moimi przyjaciółmi dzień następny jest niespodziewanie dobry. Nie uczyłam się w końcu na anatomię, tylko spałam do 12. Wyszykowałam się i o 13 wyszłam z mieszkania. Ściąga spisana na dłoni została odkryta. Musiałam ją usunąć. Na kolokwium napisałam co mi tylko do łba przylazło. Pominęłam 2/3 nie specjalnie, ale dlatego, że zapomniałam jakie były połączenia stawowe. Prowadząca uznała, że pominęłam to specjalnie. Pochwaliła. Postawiła 5 .
Jutro mam kolejne zaliczenie, ale liczę na przebłysk inteligencji aniżeli na łut szczęścia. Tak więc całe popołudnie spędziłam na jedzeniu, spaniu i grzebaniu w sieci. No i się zakochałam...:C w kolczykach Vivienne Westwood (za 85$=ok.250zł) i łańcuszku z forever21 (który zapewne nie kosztuje 85$). I jak tu nie zaśpiewać 'You know that we are living in a material world and I am a material girl'? Cholera. Wiecie co jest najgorsze? W tym miesiącu zaoszczędziłam na tyle, by móc pozwolić sobie na te malutkie, śliczniutkie, westwoodowe cacuszka. Zwariuje kiedyś sama ze sobą! Zobaczycie.

Do następnego. Na całe szczęście pewnie bez -85$.

środa, 13 stycznia 2010

Duma i uprzedzenie.

Klei, nie-klei, ale jakoś leci. Dziś chwilami przechadzałam się odśnieżonymi chodnikami aż do warstwy płyty. I widziałam auta wywożące śnieg! No, to się służby szybko wzięły do roboty (przypominając, że stan zimy-masakry trwa od weekendu). Koleżanka rano w lokalnym TVP Info wysłuchała, że tutejsi więźniowie wczoraj pomagali odśnieżać i twierdzili, że to całkiem miłe i przyjemne tak sobie popracować na zewnątrz, na dworze. Widzicie, można się cieszyć z zimy!
Miały przyjść dziś wielkie mrozy. Jak zwykle nas okłamali. Tutaj wieczorem temperatura na plusie. Już w ciągu dnia wszechobecna biel zaczęła się roztapiać i przechodzić w odcienie beżu wymieszanego z czernią tworząc kolor brudnej brei.
Rano na ćwiczeniach z estetyki (na które poszłam bez przygotowania, na żywioł) uświadomiłam sobie, że względem moich nauczycieli zawsze wyrażałam i nadal wyrażam ogromną dumę. Uświadomiłam to sobie, kiedy na koniec zajęć podeszłam do prowadzącej zapytać się o dokładne terminy zaliczeń. W sumie dużo mówiłam w trakcie zajęć. Lubię polemikę na poziomie i dość poważne tematy. Zasada na zajęciach jest taka: zgłaszasz się, mówisz, dostajesz plusa,dwa plusy= zwolnienie z egzaminu i 5. Wypowiadałam się na wszystkich zajęciach, ale czułam się zbyt dumna, żeby iść i prosić o odnotowanie aktywności. Kiedy podeszłam do tej kobiety powiedziała: pani dziś się zgłaszała, dostanie pani plusa. Ja ucięłam to mówiąc, że na plusach mi nie zależy.
Akurat jest prawdą, że mam w nosie te punkciki. Nie dla nich starałam się wnieść cokolwiek w dyskusję. Nie to było moim celem. Po tej sytuacji spojrzałam na siebie i od gimnazjum, przez liceum, po studia zawsze taka byłam. Nie lubię wykazywać się w imię oceny. Może to głupie, ale chyba to takie poniżenie dla mnie...Taka głupia duma. Zastanawiam się, czy popracować nad sobą i zmienić to. Tym co się płaszczą żyje się lepiej. Mimo to, nie chcę czuć się niżej od nauczycieli jako człowiek i istota myśląca ( nie śmiem się z nimi mierzyć jeśli chodzi o wiedzę z przedmiotu jaki prowadzą).
Na Skype najpierw zadzwoniła do mnie Aliszja. Kilka minut rozmowy i już człowiekowi na sercu milej. Największą przyjemność sprawił mi jednak Dżej. Zadzwonił! Pierwszy raz! Sam z siebie! Fala myśli komunikująca: są ludzie, których obchodzisz bezinteresownie. To się mianuje przyjaźnią. Ja wiem.
Dziś narosły we mnie obawy jak wrócę (prawdopodobnie)za tydzień do domu. Powstały one wskutek tego co przytrafiło się jednej z współlokatorek. Wybrała się na pociąg. W kasie poinformowano ją, że ma 10 minutowe opóźnienie (bo zepsuł się po drodze). Skład przyjechał po ok.30 minutach i stanął. Nie ruszył. Za kolejne 40 minut mieli podstawić nowy pociąg. Koleżanka wróciła, bo zapewne pociąg do którego sie miała przesiąść odjechał.
Co teraz? Teraz powinnam uczyć się anatomii. Pal licho. Zrobię to rano.

Do następnego.

Ps.Dawno nie było kolażu inspokokardkowo-japońsko-gazetkowego. To jest.

wtorek, 12 stycznia 2010

Bida.

Bida straszna u mnie. Ani nie mam sił, ani chęci na cokolwiek poza spaniem i jedzeniem. Nareszcie będę miała dziś luźniejsze popołudnie, które zacznie się po 16. Właśnie po tej godzinie, gdyż prawdopodobnie wtedy skończę zaliczenie z 'promocji zdrowia'. Szczerze, to nic nie umiem i pierwszy raz przygotowałam sobie ściągi na jakiekolwiek kolokwium (nie licząc anatomii, które spamiętać nie mogę :P). Zobaczymy jak to będzie.
Jest zima i ponoć ma pobawić na naszych ulicach do marca,albo i kwietnia. W sumie kalendarzowo nic dziwnego. Zastanawia mnie jeden fakt, czemu nie odśnieża się i nie wywala tego śniegu gdzieś nie wiem...poza miasto? Fajnie, że ktoś z łopatą pozasuwa po chodniku i zrzuci go na ulicę. Przejedzie pług i zsunie wszystko na chodnik. Fajne błędne koło, które tu zauważyłam ;].
Pięknie łażę na te wszystkie zajęcia mimo znikomej ochoty na przedzieranie się przez zaspy. Motywacja poopolska działa wciąż. Niech funkcjonuje nadal w moim krwiobiegu do 10 lutego, proszę.
Odwiedziłam dziś dwa sklepy odzieżowe z nadzieją miłych przecen i miłego wyboru. Kupa. Nic! A już sobie wymyśliłam set jaki chcę zakupić :C. Trzeba będzie się karnąć do Opola znowu. Może przy okazji jeszcze raz zasilę swoją motywację? Kto wie :)
Jest nadzieja na powrót do domu!!! Trzymajcie za mnie kciuki!
Może jakąś kokardkę przywdzieję na to felerne zaliczenie?

Do następnego!

sobota, 9 stycznia 2010

Wstrzymała oddech, ruszyła ziemię czyli syberyjskie eskapady.

Obudziłam się wczoraj wcześniej niż planowałam po całonocnym (do jakiejś 3 nad ranem) czytaniu mang. Zerknęłam przez okno. Sypał śnieg. Umówiłam się z Agatą, że przyjadę do niej (ok.50km od miasta gdzie studiuję). Po tym odstraszającym obrazie miałam ochotę zrezygnować, ale jakoś ciepły, rozgrzewający prysznic mnie pocieszył i dodał odwagi w kwestii wyjścia na zewnątrz w taką pogodę.
Przy kasach biletowych kolejki. W pociągu przez pierwsze 15 minut usiąść nie było gdzie. Później całą drogę przespałam. Po ocknięciu jakaś pani z dzieckiem się na mnie gapiły, chyba kimałam w jakimś dziwacznym ułożeniu :P. Dotarłam na czas. I widok Jej na dworcu!!! ^^ Super! Super! Super! Już miałam w głębokim poważaniu ten cały mróz i śnieg i zimę i nieocieplane buty i zamarzające stopy, bo dzieliłam to wszystko z nią na pół.
Poszłyśmy na fastfooda ^^. Mój pierwszy taki posiłek od...y? no chyba 30 listopada ubiegłego roku :P. Było przepyszne.
Ze zwiedzania zobaczyłam:
1. Główną arterię ze slepami (wypatrzyłam Vero Mode i moją upatrzoną kurteczkę na wystawie)
2.Dwa centra handlowe
3.Plac 'lesbijek'
4.'Babę na byku'-pomnik
5.Jej uniwersytet
6.Real *,* (jaki wybór wszystkiego...aż normalnie popadłam w zachwyt, nie to co tu biedronka i lewiatan i 0 wyboru)
7.Jej akademik i pokoik

Sobie wypiłyśmy winko opychając się słodyczami przy nutach z sylwestrowej imprezy. Gadałyśmy i to było tak jakby czasy licealne przenieść na studia. Wiele spotkań, spacerów i niezliczone rozmowy za czasów szkoły średniej odbyłyśmy razem z Łabądkiem :). Lubię to i chciałabym jeszcze kiedyś powtórzyć taki studenckie spotkanko!
Jak to już w życiu bywa wszystko co dobre szybko się kończy i pora było wracać. Przed wyjściem Agata czesała włosy. Zanim je zarzuciła wstrzymała oddech :D. Wtedy padły tytułowe słowa 'Wstrzymała oddech (ja), ruszyła ziemię(ona)'. Pociąg powrotny podjechał z jedynym 50 minutowym opóźnieniem ;]. Niektórzy pasażerowie denerwowali się, inni przeklinali pod nosem. Ja stałam tam uśmiechnięta, podśpiewywałam pod nosem i spokojnie spoglądałam jak czas opóźnienia pociągu rośnie. Tego wieczora, po takim spotkaniu jakieś durne godzinne spóźnienie z odmarzającymi nogami nie drażniło ani troszeczkę mojego umysłu. Było mi dobrze, bo serce grzało mnie od stóp do głów. Po całości. Bez dwóch zdań.
W mieszkaniu jeszcze w nocy pogadałam z współlokatorkami. Pośmiałyśmy się, powygłupiałyśmy. Wiem, że wolałabym być w domu, zupełnie nie tu, ale teraz ten stan jest w porządku. Całkiem w porządku.
Baterie po wczoraj naładowane. Do dzieła!

Do następnego, niestety podobno jeszcze zimniejszego.

Ps. Foteczki widoku za oknem mojego pokoju na stancji.

czwartek, 7 stycznia 2010

I love you baby.

Na imprezie sylwestrowej Natali pusciła piosenkę Fugees "I love you baby". Dziś przypomniałam sobie o niej. Dobrze pamiętałam, że w "Zakochanej złośnicy" główny bohater grany przez (nieżyjącego już niestety) Heatha Ledgera śpiewa "I love you baby". Natali jest wielce zakochana w Ledgerze (niestety jest to miłość wielce tragiczna, ale miejmy nadzieję, że wieczna i że Heath patrzy tam z góry i widzi jak bardzo Natali go ubóstwia). Nie powiem brzydki ten Pan nie był, wcale źle też nie grał, ale jego głos... Moi kochani, jego głos to coś niebywale pięknego! Przesłuchałam wywiad z nim nagrany przy okazji promocji "Mrocznego Rycerza" gdzie zagrał swoją nagrodzoną Oscarem rolę Jokera. Szkoda, że już nie przyjdzie mu nigdy przemówić. Życie.
Dzień cały w moim pokoju rozbrzmiewa właśnie "I love you baby". Jak tak sobie pomyślę, to nic szczególnego nie zrobiłam, a jednak całkiem sporo. Trochę poszyłam poszewkę marnie zdewastowaną przy okazji incydentu z walizką(czytaj tu). Posprzątałam pokój. Umalowałam paznokcie. Byłam na zakupach i wydałam kupę forsy. Otrzymałam stypendium za grudzień (o czym dowiedziałam się po zakupowym szaleństwie, co uspokoiło moje sumienie i konto :P).
Wczoraj mama nakazała mi kupić sobie owoce i je spożywać. Tak sobie pomyślałam, że w sumie najodpowiedniejszymi owocami dla Polaków są jabłka, gruszki, śliwki, brzoskwinie, agresty i inne maliny. Te wszystkie owoce, które można spotkać w polskich sadach. Czym najchętniej się zajadamy? Pomarańczami, mandarynkami, bananami, ananaskami i innymi egzotycznymi owocami. Ciekawa jestem czy to ma jakiekolwiek znaczenie przy przyswajaniu tego jedzenia. Oby nie, bo uwielbiam 'egzotyczne' owoce. Hue.
Dość tej dietetycznej rozkminy. Wracam do czytania moich mang i słuchania wkoło Fugees i ich "I love you baby". Niestety teledyski wrzucę jak zjawię się w domu ;].



Do następnego!

Ps.21.01.2010r. aktualizacja;dorzucam teledyski.

środa, 6 stycznia 2010

'Masz dzisiaj dobry humor'

Trudno było nie mieć, kiedy zaliczyło się kolokwium z biologii. W liceum zaśmiałabym się, bo bez problemu odpowiadałabym na te pytania. Na studiach jednak, kiedy człowiek zakuwa z pytań testowych (które w tajnej konspiracji otrzymuje od starszych roczników) i nagle dostaje pytania opisowe zwyczajnie w świecie głupieje. Przekonana byłam, że nie zaliczyłam, a okazało się że jestem jedno kółko do przodu ^^.
Ogólnie taka jakaś rześka dziś byłam. Podśpiewywałam sobie pod nosem. W chwili kiedy szłam wieczorem odrabiać ćwiczenia z biologii i zaczęłam śpiewać zasłyszane w przejeżdżającym obok aucie 'Meet me halway' współlokatorka powiedziała: masz dzisiaj dobry humor. Nie dało się ukryć :) Pan prowadzący kazał mi iść i mieć czyste sumienie, bo i tak wczoraj na zajęciach mojej grupie nie sprawdzał obecności (Moje grzechy i brudne sumie zostały anulowane). To sobie poszłam i kupiłam przepyszny chleb w Lewiatanie (taki z lokalnej piekarni). Zatanawiam się jak mogłam przez te 3 miesiące żreć ten obrzydliwy chleb z Biedronki za niecałe 2zł -,-. Fakt, był tańszy niż ten dobry (2,60zł), ale nie miał smaku. Spożywając go miałam uczucie przeżuwania gąbki. Ale jeszcze żyje i nie świece w ciemnościach!
Tak sobie myślałam i doszłam do wniosku, że powodem tego dobrego humoru była także rozmowa wieczór wcześniej na Skype. Właściwie to konferencja. Łódź-Wrocław-Warszawa-Opole-tu. Po 15 minutach od startu pociągu, który miał mnie wywieźć na studia chciałam wracać do domu. Pierwszy raz pożałowałam, że nie wybrałam sobie uczelni bliżej rodzinnego miasta. No, ale...jak się powiedział A to trzeba powiedzieć B.
Być może drugim powodem mojego nastroju był fakt, iż pierwszy raz postarałam się, żeby w miarę dobrze się ubrać (śmiejcie się śmiejcie,ale wybierałam ten strój 20 minut :P)?
Podsumowując dobry humor jest i trwa nadal. Ważne dzięki komu (właściwie kim). Mam nadzieję, że ta energia się prędko nie ulotni :)

Do następnego kokardunie moje śliczne.

niedziela, 3 stycznia 2010

Nic szczególnego.

Sylwester przedziwnie normalny i udany. W domu oddalonym ok.20km od miasta wspólnie zamknęliśmy nasze wygłodzone uszy, oczy, usta i głowy. Odstawienie trwało dosyć długo, jednak to było tak jakbyśmy ostatni raz widziały się wczoraj. Ani chwili dziwności, ani sekundy zagubienia i wyobcowania. Byliśmy tam tacy razem i tacy normalni, tacy skupieni i tacy znowu zgrani. Chociaż ta jedna zwariowana noc to było za mało, wystarczy na najbliższe dwa miesiące.
Ubrana byłam mniej więcej tak jak chciałam. Kokardka wystąpiła na topie-gorsecie, który okazał się piekielnie niewygodny. Do tego jeszcze pierścień mocy, który kupiłam w poniedziałek i balerinki, w których biegałam po mieszkaniu. Eh, tylko wyszłam z klatki i się wyrżnęłam elegancko, z filmowym zarzuceniem toreb na ziemię -,-. Żal. Na szczęście Alicja jakoś mnie pozbierała xP.
Na studia miałam wrócić w sobotę, ale tak jakoś się złożyło, że jestem chora. Właściwie mogłam jechać, ale prawdopodobnie mój stan po podróży nie byłby zbytnio dobry, więc jeszcze dziś korzystam z mojego pokoju, a przede wszystkim łóżka i telewizora. Ku swojemu ogromnemu zdziwieniu wczoraj wykonałam pracę zaliczeniową na jakże standardowy dla mojego kierunku przedmiot 'ochrona własności intelektualnych' ^^.
Nie chce mi się tam wracać jak sam sku***syn. Przepraszam za przekleństwo, ale tak jakoś tylko to porównanie mi tu pasuje. Trochę żałuję, że nie wróciłam wczoraj. Mogę mieć malutkie kłopoty, ale co tam. Nie mam jeszcze żadnej nieobecności wykorzystanej.
Będzie co ma być!

Do następnego już tam.