czwartek, 11 lutego 2010

Czuję miętę.

Wczoraj wypełzłam na miasto. Widziałam się z Łabądkiem, Leszczem, Arkadiem i jego koleżanko-przyjaciółką-kimś. Kontynuacja posesyjnego katharsis. Wiadomo. Wszyscy tacy zmęczeni byli. Ja miałam ochotę iść i tańczyć i szaleć. Był relaks, było gadanie o pierdołach i odmóżdżanie. Po północy jako ostatni goście wybyliśmy z lokalu. W drodze powrotnej zrobiłam Leszczykowi psikusa. Wywaliłam sie, a on biedny nie wiedział co robić xD
Nie pamiętam kiedy przeglądałam tego japońskiego Vogue, ale te zdjęcia mnie zachwyciły.






Zakupiłam sobie miętowy lakier. W Inglocie (moje ulubione lakiery) nie znalazłam tego koloru, więc zaczęłam szukać w sieci. W związku z tym, że paznokcie, czy makijaż to nie jest moja miłość inwestuje w kosmetyki kolorowe umiarkowanie. Znalazłam lakier koloru pastelowa zieleń marki Konad. Nieźle się trzeba namęczyć, by uzyskać efekt w miarę znośny, bez zacieków oraz smug. Kolor za to idealny, jak chciałam :). W dodatku kolorystycznie pasuje do moich spinek kokardek z H&M. Czuję miętę! A co.

Smacznych i niekalorycznych pączków!
Do następnego :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz