poniedziałek, 29 marca 2010

czwartek, 25 marca 2010

5 silnia = święta.

Ostry zapierdol. Jedno megakółko (poniedziałkowe) odpadło dziś w przedbiegach. Na szczęście. Jutro pogrom recepturalny i anatomiczny. Rzygi.
Wiecie co, kupiłam sobie tusz do rzęs za 9,99zł. Zastanawiam się czy mi wyżre oczy, hę?
Z współlokatorką podpisałyśmy dziś cyrograf odnośnie wynajmu nowego mieszkania. Już wkrótce, w chwili kiedy napłynie na mnie jakakolwiek fala szczęścia z powodu przeprowadzki przybliżę szczegóły. Rodzice nic nie wiedzą, póki co. Za jakiś miesiąc zamierzam ich powiadomić, kiedy zorientuję się, czy rachunki mnie nie zabiją :P. Trochę obawiam się, że kasa może poróżnić mnie i moją współlokatorkę...Czy obawy się spęłnią? Czy B. pokłóci się ze swoją współlokatorką? Czy będzie musiała bulić 400zł miesięcznie? To wszystko już za jakiś miesiąc w sprawozdaniu z pierwszego miesiąca na nowym mieszkaniu.
Tak więc dziś śmigałam ubrana lekko i przyjemnie. Bez ciężkich swetrów, szalików i rajtek pod spodniami. Żakiet i cieniutka kurtka przeciwdeszczowa. Starczy. Już wczoraj, kiedy wieczorem przemieszczałam się po dworze czułam inne powietrze niż to, do niedawna znane, zimowe. Było lekkie, słodkie, a co najważniejsze ciepłe. Tło setu nawiązuje do mojego nastroju: B. w wielkim mieście! (chociaż jest ono niewielkie)
Wiosna moi mili! To wiosna jest!
Do następnego, by żywego.

niedziela, 21 marca 2010

Spieszmy się żyć.

Chce mi się ryczeć, a mięśnie odmawiają mi posłuszeństwa. Od wtorku jestem w domu i przyszedł czas, by wrócic na studia. Po miesięcznej nieobecności to było jak wizyta w najlepszym SPA na świecie. Lepsze niż marzenie o wyjeździe do Japonii. Lepsze niż najwspanialsza rzecz od Vivienne Westwood. Przyznaje, dopiero w domu poczułam jak wykończona byłam. Tu mam swoje prywatne źródło energii. Nie przeraża mnie fakt, iż trzeba wstać wcześnie rano, iść i załatwiać pilne sprawy. Mam chęć do działania kreatywnego i konstruktywnego. Bez głupot dla zabicia czasu.
Właściwie pobyt ten był doładowaniem mojej duszy, czy raczej umysłu. Spotkałam się z Aliszją, zadbałam o dobry wygląd przez co moje samopoczucie podskoczyło znacznie w górę, beztrosko spałam i jadłam zdrowe rzeczy (ani jednej zupki chińskiej i innego żarcia z papierka!!). Obejrzałam również "Weronika postanawia umrzeć", "Przerwana lekcja muzyki" (właściwie dokładnie nie rozumiem polskiej translacji tytułu tego filmu) oraz całą serię koreańskiej dramy "You're beautiful". Zakochałam się w tej azjatyckiej serii <3. Soundtrack słucham w kółko. W imię tego mojego szaleństwa możecie sobie posłuchać na blogu utworu Kim Dong Wook'a "My Heart is Cursing", który został wykorzystany w serialu.
Myślę, że gdybym mieszkała W takiej Korei, albo Japonii i miała te 14-17 lat to byłabym niesamowicie zwyczajną nastolatką oglądającą te wszystkie seriale i kochajacą się w ich bohaterach. Słuchałabym tej (czasami) kiczowatej muzyki zwanej j-pop (japoński pop), czy k-pop (koreański pop). Przed zaśnięciem czytałabym mangi i manhwy wzdychając do myśli o przeżyciu takiej niesamowicie romanchikku historii jak w telewizji czy komiksie. Damn! ile szczęścia i beztroski mnie mija przez to, że żyję tak daleko...
Życie.
Do następnego.

niedziela, 14 marca 2010

Żywa i wyspana.

Tydzień dość wariacki i zalatany. Szkoła-załatwianie mieszkania-ćwiczenie masażu-załatwianie czegoś na przyszłość. Jeżeli przeprowadzimy się z współlokatorką do upatrzonego domu, obiecuję bliższą relację.
W piątek, po powrocie na stancję z rozmów z właścicielem domku byłam wyczerpana. Dagmara, ja i wspólny znajomy tworzyliśmy jej CV. Daga nie zaliczyła egzaminu, nie ma opcji powrotu do domu (nie ze względu na złość rodziców) i szuka pracy tu lub w Opolu, bo ceny wynajmu jakiegokolwiek lokalu są niższe niż w Katowicach o których także myślała. Następnie uzgodniliśmy, że wieczorem posiedzimy u mnie w pokoju. Współlokatorki nie było, więc czemu nie.
Posiadówa z czteroosobowej do godziny 23 przekształciła się momentami w sześcioosobową do 9 dnia następnego. Uwierzcie mi spanie na dwóch zsuniętych wąskich łóżkach, na których ledwo mieszczą się 2 dziewczyny na raz z dwumetrowym i ważącym 100kg facetami to na trzeźwo coś niemożliwego. Po paru drinkach impossible is nothing ^^! Noc ta była zapewne uciążliwa dla dwóch współlokatorek, które zostały na mieszkaniu, umiarkowanie głośna, dziwnie nerwowa i przekomarzająca,a pod koniec taka dziecięca i frywolna, a rano z bólem głowy mordercą.
W związku z tym, iż po jakichś trzech godzinach snu włączył nam się gadulec panowie wybrali się do sklepu po produkty na obiecane śniadanie. Zakupy składały się z: jajek, chleba, pomidorów, kiełbasy, 0,5 l wódki, napoju energetyzującego, zielonej herbaty. Jakże tradycyjne, polskie, przepyszne śniadanie. Ja w czasie kiedy oni opanowali kuchnię, a Daga im towarzyszyła ogarnęłam się i spakowałam. Wierzcie mi lub nie, ale pierwszy raz jadłam tu tak wesołe, gadatliwe, roześmiane i WSPÓLNE śniadanie. Goście poszli, posprzątałam poimprezowy bałagan i wyruszyłam na bus o 10 do Wrocławia.
Tak oto po 3 godzinach snu, na kacu jechałam do Karinki. Najpierw szybkie zakupy (okulary przeciwsłoneczne i jakaś szmatkowata bluzka), a później Karinkowy odlot.
Do wczoraj we Wro bywałam tylko przejazdem. Nic pięknego i szczególnego. Takie jakieś poszarzałe, zużyte i momentami wyblakłe miasto przez centrum którego przejeżdżają obskurne pociągi. Najbardziej spodobało mi w nim to, że była tam Karinka, dużo antykwariatów i gąski ślizgające się na lodzie. Ogród japoński obeszłyśmy dookoła, gdyż był nieczynny. Spodziewałam się po nim czegoś większego i bardziej spektakularnego. Trzeba będzie się tam wybrać wioną/latem.
Nie wiem czy wiecie, ale radość ze spotkania z drugim człowiekiem dodaje tylu sił, że prędko nie chce się zasnąć. Oczywiście nie obeszło się bez masażyku Karinki w ramach praktyki ]:->. Przegadałyśmy cały ten wspólny czas i kiedy po 2 zgasiłam ostatnie światło w pokoju po pięciu minutach padłam.
Wróciłam o 15 na mieszkanie. Pogadałam z Dagą, ugotowałam obiad, posiedziałam przy komputerze,ale o 17 już nie mogłam wytrzymać. Poszłam spać. Za chwilkę powrócę do tego stanu, by jutro wstać i wrócić do szarej rzeczywistości bez obijającego się o wnętrze czaszki szczęścia uwięzionego tego weekend'u. Na całe szczęście za dwa tygodnie znowu zostanę doładowana przez bohemową kumulację.
Podsumowując ten weekend: wymykające się z ram planu spotkania są nierealnie uczuciowo mieszane, wręcz słodko-gorzkie, a najlepsze we Wrocławiu jest to, że jest tam Ona.
Do następnego!

wtorek, 9 marca 2010

Ja daję szczęście.

Znalazłam stajnię w pobliżu miejsca gdzie mieszkam. Zadzwoniłam. Pan powiedział, że teraz jest złe podłoże i w ogóle, i w ogóle. Skwitowałam to tak, że zadzwonię za miesiąc, kiedy poprawi się pogoda. Pan przystał na to.
Nauczyłam się demakijażu, a na ostatnich zajęciach chwytu głaskania w masażu twarzy, szyi i dekoltu. Dzisiaj przećwiczyłam na współlokatorce. Była niechętna i raczej sceptyczna bardzo w kwestii modelowania. Powiem jedno: to nie jest takie proste i lekkie jakby się wydawać mogło. Mięśnie mojej ręki nie są wyćwiczone do takiego typu pracy i przy niektórych ruchach drżą. Technicznie też raczej jestem słabiusieńka. Mimo tego, po wszystkim koleżanka była uśmiechnięta i powiedziała: było mi miło. Boże, jakie to było wspaniałe!! Od dziś mogę dawać szczęście!! Tak się cieszę ^^
Nareszcie zaczynam czuć i przypominać sobie cel studiowania obranego kierunku :). Chciałabym każdemu z Was już dziś podarować to moje niewyćwiczone i leciutko niezdarne szczęście. Bardzo.
Dziś czuję się lekka i szczęśliwa. Najlepszą oceną za ten masaż nie będzie dla mnie nota zaliczeniowa jaką otrzymam w poniedziałek, lecz uśmiech każdej masowanej osoby.
Do następnego.

niedziela, 7 marca 2010

Marcowanie.

Na osiedlu kotów multum. Mam tu takiego jednego czarnulka, którego często spotykam wracając z zajęć. Lubię się zatrzymać i pogłaskać go. Zwłaszcza w te ubiegłe słoneczne dni. Było tak miło i mrucząco.
Dni mijają mi albo na bieganiu do szkoły (w poniedziałki i piątki szczególnie), albo na marnowaniu czasu i nicnieróbstwie. Czuje się taka wymięta, wyssana z energii. Raz poszłam nawet do biblioteki i czytałam 'Przegląd dermatologiczny'.
Internet odmawiał przez kilka dni posłuszeństwa. Mikrofalówka na stancji zepsuta. Żarówka w łazience się spaliła. Mimo doładowania telefonu mam zablokowane konto. Kupiłam sobie buty i ten nieprzymierzany obtarł moją nogę doszczętnie-do krwi-do bólu-do kulawizny. Nie chce mi się tu być.
Marazm i chęć ucieczki z tego więzienia wysysającego siły witalne.
Profesor od receptury kosmetycznej (tak,siedzimy w laboratorium i robimy kosmetyki) pyta z teorii. Dowiedziałam się o tym na 5 minut przed zajęciami, tak jak cała grupa z wyjątkiem 1 osoby. Jakimś cudem mi się upiekło. Pomogłam za to (podpowiedziami) koleżance. Udało się na 3. Znów poczułam się jak w szkole średniej.
A na koniec zdjęcie mojego kociska. Zrobiłam je w grudniu, kiedy po długiej nieobecności wróciłam do domu. Buras był wyjątkowo milutki dla mnie i przyszedł spać ze mną.
Do następnego.