niedziela, 14 marca 2010

Żywa i wyspana.

Tydzień dość wariacki i zalatany. Szkoła-załatwianie mieszkania-ćwiczenie masażu-załatwianie czegoś na przyszłość. Jeżeli przeprowadzimy się z współlokatorką do upatrzonego domu, obiecuję bliższą relację.
W piątek, po powrocie na stancję z rozmów z właścicielem domku byłam wyczerpana. Dagmara, ja i wspólny znajomy tworzyliśmy jej CV. Daga nie zaliczyła egzaminu, nie ma opcji powrotu do domu (nie ze względu na złość rodziców) i szuka pracy tu lub w Opolu, bo ceny wynajmu jakiegokolwiek lokalu są niższe niż w Katowicach o których także myślała. Następnie uzgodniliśmy, że wieczorem posiedzimy u mnie w pokoju. Współlokatorki nie było, więc czemu nie.
Posiadówa z czteroosobowej do godziny 23 przekształciła się momentami w sześcioosobową do 9 dnia następnego. Uwierzcie mi spanie na dwóch zsuniętych wąskich łóżkach, na których ledwo mieszczą się 2 dziewczyny na raz z dwumetrowym i ważącym 100kg facetami to na trzeźwo coś niemożliwego. Po paru drinkach impossible is nothing ^^! Noc ta była zapewne uciążliwa dla dwóch współlokatorek, które zostały na mieszkaniu, umiarkowanie głośna, dziwnie nerwowa i przekomarzająca,a pod koniec taka dziecięca i frywolna, a rano z bólem głowy mordercą.
W związku z tym, iż po jakichś trzech godzinach snu włączył nam się gadulec panowie wybrali się do sklepu po produkty na obiecane śniadanie. Zakupy składały się z: jajek, chleba, pomidorów, kiełbasy, 0,5 l wódki, napoju energetyzującego, zielonej herbaty. Jakże tradycyjne, polskie, przepyszne śniadanie. Ja w czasie kiedy oni opanowali kuchnię, a Daga im towarzyszyła ogarnęłam się i spakowałam. Wierzcie mi lub nie, ale pierwszy raz jadłam tu tak wesołe, gadatliwe, roześmiane i WSPÓLNE śniadanie. Goście poszli, posprzątałam poimprezowy bałagan i wyruszyłam na bus o 10 do Wrocławia.
Tak oto po 3 godzinach snu, na kacu jechałam do Karinki. Najpierw szybkie zakupy (okulary przeciwsłoneczne i jakaś szmatkowata bluzka), a później Karinkowy odlot.
Do wczoraj we Wro bywałam tylko przejazdem. Nic pięknego i szczególnego. Takie jakieś poszarzałe, zużyte i momentami wyblakłe miasto przez centrum którego przejeżdżają obskurne pociągi. Najbardziej spodobało mi w nim to, że była tam Karinka, dużo antykwariatów i gąski ślizgające się na lodzie. Ogród japoński obeszłyśmy dookoła, gdyż był nieczynny. Spodziewałam się po nim czegoś większego i bardziej spektakularnego. Trzeba będzie się tam wybrać wioną/latem.
Nie wiem czy wiecie, ale radość ze spotkania z drugim człowiekiem dodaje tylu sił, że prędko nie chce się zasnąć. Oczywiście nie obeszło się bez masażyku Karinki w ramach praktyki ]:->. Przegadałyśmy cały ten wspólny czas i kiedy po 2 zgasiłam ostatnie światło w pokoju po pięciu minutach padłam.
Wróciłam o 15 na mieszkanie. Pogadałam z Dagą, ugotowałam obiad, posiedziałam przy komputerze,ale o 17 już nie mogłam wytrzymać. Poszłam spać. Za chwilkę powrócę do tego stanu, by jutro wstać i wrócić do szarej rzeczywistości bez obijającego się o wnętrze czaszki szczęścia uwięzionego tego weekend'u. Na całe szczęście za dwa tygodnie znowu zostanę doładowana przez bohemową kumulację.
Podsumowując ten weekend: wymykające się z ram planu spotkania są nierealnie uczuciowo mieszane, wręcz słodko-gorzkie, a najlepsze we Wrocławiu jest to, że jest tam Ona.
Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz