
Ostatni tydzień minął mi pod znakiem lenia mutanta wgryzającego się i wrastającego w mózg. Nowy typ nowotworu. Tak jak w rzadkich przypadkach kiły doszło do samowyleczenia. Mam nadzieję. Niestety, lenistwo jest chorobą recesywną. Tak mi przykro...
Tak więc, moja rehabilitacja polegała na przyjmowaniu zdawkowych ilości tlenu (chociaż w sobotę wyczołgałam się na spacer), czytaniu mang, namiętnym graniu w pasjansa, słuchaniu muzyki, nieuczeniu się i bezwładnym zaleganiu w łóżku. Przyznam się do czegoś okropnego, przez dwa dni spałam w nieubranej pościeli. Bez prześcieradła, bez powłoczki na kołdrę i poduszkę.../kiedy to napisałam pokiwałam głowa na znak rozczarowania własną osobą/ Yh.
Dziś rano wzięłam się w garść i ruszyłam trochę sprawy naukowo-przyszłościowe. Jutro sporządzę sobie śliczny plan na najbliższe dwa miesiące. Zaliczenia, egzaminy, sesjo! PRZYBYWAJ!
Kalendarz zaczyna pękać w szwach.
Do następnego.
Ps. Kolażyk znajdowo-internetowo-japońskogazetkowy.
Ps.2. Zakończyłam naukę wszystkich chwytów masażu twarzy, szyi i dekoltu. Szkoda.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz