niedziela, 13 czerwca 2010

śpiączka pospolita




















































































































Ostatni tydzień mija mi pod znakiem spania bądź imprez. Na tydzień wywaliłam ze swojego kalendarza studia i naukę. Niestety, dziś powracam do obowiązków i jadę aż na jeden pieprzony dzień do miasta gdzie studiuje. Shit happens.W piątek towarzyszyłam Aliszji na porozdaniowodyplomowym party. Rozpisywać się raczej nie potrzebuję ze względu na oczywistość atrakcji tego typu imprez. Do d
omu Aliszji wróciłyśmy po 2, a już o 4.30 budził nas budzik. Kogo budził, tego budził. Ona niewzruszona darciem mordy telefonu spała w najlepsze. Mimo mojego chytrze niemiłego posunięcia, wsadzenia telefonu pod poduszkę, ona spała w najlepsze do 5.40 (budzik co 10-15 minut ponawiał alarm). Dopiero mama Aliszji wkroczyła i po paru słowach namówiła ją do powstania. Ja średnio żywa wybyłam na autobus do domu, ona szykowała się do podróży. Po dotarciu do domu (ok. 7)wykąpałam się i poszłam spać. Spał
am z kilku-, kilkunastominutowymi przerwami do 16.40. Wciąż jeszcze bym sobie pospała. Obowiązki wzywają.
Wczoraj pierwszy raz od bardzo dawna, z tego co pamiętam od listopada, byłam w
zaprzyjaźnionej stajni (początkowo chciałam napisać, że miałam bliższy kontakt z koniem, ale pierwszego
dnia nowego roku u Natali macałam jej koniulce). Na widok bestyjek serce nawet nie drgnęło, ani ze strachu, radości czy podniecenia. Nic. Czułam się jakbym ostatni raz była tam parę dni temu. Co prawda przez pół roku troszkę zmieniło się wokół stajni, ale te dwa nieparzystokopytne zostały takie same. Może troszkę milsze i spokojniejsze niż zwykle? W każdym razie było przemiło. Powrót w burze okupiony śmiechem.
Do następnego!

2 komentarze: