sobota, 31 lipca 2010

Rarytasy.





Małe, godzinne opóźnionko i wyruszyłam z Warszawy po 7, jeśli nie później. Wiem na pewno, że o 10.30 autobus był w Białymstoku. W środę na 'farewell bacha meeting' otrzymałam tajemniczą kopertę od eN. z nakazem otwarcia jej w drodze na Litwę. Oczywiście w trakcie czytania poryczało mi się troszku.
Podróż mogę podsumować, że była udana. Praktycznie całą przespałam. Pani stewardessa nawet troszkę szprechała po angielsku i rozumiałam, że mam przesiadkę, wskazano mi do którego autobusu się przesiadam i w ogóle... Zabrałam dużą, lecz nie wielką walizkę oraz mój megapakowny plecak. Trzy dziewczyny z którymi jechałam z Polski nabrały milion bagaży, bardzo ciężkich w dodatku (musiały dopłacać za nadbagaż) i ledwo się toczyły z tymi tobołami. Sprytne z ich strony było to, że zabrały sporo jedzenia z Polski. Ja nawet nie wpadłam, by kupić chociażby trochę żarcia instant. Żałuje. Byłam w litweskim markjecie. Ceny takie same jak w polsce, tyle że lit jest droższy od złotówki. Już wiem, że przez pierwszy miesiąc rarytasami się zajadała nie będę. Właściwie, to alkohol i papierosy wydały mi się być takich samych cenach co w polsce. Eh, trzeba będzie zacisnąć pasa.
Koordynatorka przyjechała po nas na dworzec. Przyjechałyśmy taxi i póki co nie woła kasy za te kursy. Podkreślam póki co. Coś za extraśne warunki jak za taką kasę. Wszystko jest czyste, nowe, internet za darmo, pościel i ręczniki już czekały na moim łóżku. W czteroosobowym pokoju w którym mieszkam są dwie umywalki, prysznic, wc, przedpokoik z miejscem na buty i kurtki. Kuchnia (w której właśnie siedzę, gdyż to najbliższe miejsce z wifi od mojego pokoju) przestronna, mikrofala i dwie kuchenki. Pan recepcjonista ładnie gada po angielsku. Gdzie jest haczyk?! Zobaczymy, jakoś mi się nie chce wierzyć, że za takie pieniądze (ok.400zł miesięcznie) taki full servicce.
W każdym razie jest w porządku.
Z serdecznymi pozdrowieniami z Litwy, serdeczne do następnego!

Ps. Wiedzieliście, że na Litwie jest inna strefa czasowa?! Ukradziono mi dziś godzinę z dnia!

środa, 28 lipca 2010

Over the hills and (not that) far away.

















Już jest pewne, że jutro przed 12 znikam z mojego miasta. Dzień w stolicy i już oficjalnie jestem 'over the hills and (not that) far away'. Muszę się Wam do czegoś przyznać, jeszcze się nie spakowałam. Zastanawiam się czy to z lenistwa, czy z niechęci, gdyż będzie to definitywny znak, że wyjeżdżam? W tym momencie mogę w stosunku do swojej osoby użyć tylko jednego określenia, że wybieram się jak sójka za morze xP.
A dziś najgorsze z najgorszych, czyli pożegnanie z moimi drogimi przyjaciółmi i rodzicami... Oczywiście, są osoby z którymi chciałabym się jeszcze dziś zobaczyć, lecz do tego nie dojdzie. Sysiu, Bado, Karinko, Agati, Patryku, Ewaqacjo, Przemuś, kocham i tęsknię.
Prawdopodobnie to moja ostatnia notka na jakiś tydzień. Nie wiem jak będzie tam z netem oraz czy będę miała siłę, chęci i czas na wrzucanie cokolwiek na blog.
Do następnego :)

wtorek, 27 lipca 2010

3.











W sobotę wytańczyłyśmy się z Alicją do stopnia przyzwoitego. Trzy, cztery godzinki z jednopiosenkowymi przerwami, raz na pół godziny. Mimo, iż wytańczyłyśmy wszystkie ostatnie piosenki, chciałam tańczyć jeszcze. Całą imprezę definitywnie zakończył chłopiec który upadł sobie i leżał na parkiecie dobrych 15 sekund. Rozcięta głowa i krew na podłodze całkiem nieźle ostudziły mój taneczny zapał. Dnia następnego zdychałam nie z kaca, a z bólu całego ciała. Wyszła cała sztywność i brak rozciągnięcia ciała...
Już dwie osoby wyznają mi patrząc prosto w oczy, że już za mną tęsknią. Jeszcze nie wyjechałam, dziwne uczucie. Zauważyłam niesamowite zjawisko, formacja trzymająca kciuki o to, by nie spodobało mi się na Litwie i wróciła po miesiącu. Oczywiście, moja mama stoi na czele tej grupki ;)
Eh, do następnego!


sobota, 24 lipca 2010

For whom the bells toll?!
















Stało się, natura nocnego zwierza wyłazi ze mnie w pełnej okazałości. Wstaję w południe, a kładę spać w okolicach wschodu słońca. Najbardziej bolesnym faktem w tej kwestii jest to, że ,o dziwo, w dzień spać nie mogę :c.
Już za tydzień, za 4 godziny będę siedziała w autobusie na Litwę. K*rwa! To tylko 7 dni...Gdzie jesteście moje wakacje...Wielkie odliczanie czas zacząć. Dzwony w tle zaczynają pobrzmiewać. Yh. Spory tonaż na sercu, nie powiem.
Do następnego.

czwartek, 22 lipca 2010

Upalne marazmy.

















Są dni, dni w które bez przyjaciół czułabym się piekielnie niepotrzebna.

Nareszcie ulżyłam mojej znoszonej i przerośniętej czuprynie. Jarża stwierdził, że nie wyglądam jak idiotka, znak że nie jest źle.

Do następnego.