sobota, 28 sierpnia 2010

Fall in love.








Litwa, Litwa i po, i przed Litwą... Tak, wakacje czarujące, udane i wspaniałe. Być może to sprawka braku jakichkolwiek oczekiwań jaki zabrałam w tą podróż. Wspaniali ludzie których tam poznałam i świadomość niskiego prawdopodobieństwa spotkania się z nimi ponownie poza granicami Litwy przytłaczają mnie okrutnie. Rozstania megabolesne.
Najpiękniejszą rzeczą jaka przytrafiła mi się z okazji tego wyjazdu, niewątpliwie, jest moje zakochanie. Jestem rozkochana w moich przyjaciołach z Polski. Dziękuję samej sobie i im, że są, że stanęliśmy w odpowiednim momencie na tej samej drodze co ja, że dali mi się poznać. Aciu labai! Ta miłość jaką otrzymuję i jaką mogę Wam ofiarować, to najwspanialsza sprawa jaką przeżywam w swoim życiu.
Dziękuję, że przez ten krótki tydzień w Polsce daliście mi siłę, by wrócić na wschód i brać z życia jak najwięcej zdołam.
Kocham, tęsknię i pamiętam.
Do następnego!

Ps. Ja i tak wciąż czekam na mojego Japończyka ;)

środa, 11 sierpnia 2010

Sex on fire.



Czymże jest ERASMUS'owski stereotyp? Fall in love with someone from another country! Hehe :P Zabawne, warte zaznaczenia na moim blogu, gdyż w pierwszy wtorek kursu wybraliśmy się do parku pić. Oh, jakże polsko się poczułam... W każdym razie ja, Martin i Bogi zostaliśmy w parku sami, gdyż reszta ok. 3 nad ranem stwierdziła, iż wraca do dormitorium. W trójkę rozmawialiśmy o stereotypie zakochiwania się erasmusowiczów, oczywiście w ich krajach egzystuje ten sam stereotyp. Kilka dni później, Martin i Bogi, potwierdzili tenże stereotyp ^^.
Wczoraj pierwszy raz w swoim życiu widziałam i nawet! dotykałam DELFINA! Łaa! Cudownie. Delfinshow był przeuroczym zjawiskiem, zwierzęta były pełne energii i emanowało od nich zadowolenie z wykonywanych sztuczek. Urocze stworzonka ^^.
Na kolacje, którą przygotowywałam wspólnie z Jeffrey'em, jadłam oryginalną włoską pastę z pomidorami, cukinią (czy czymś takim), papryką, pietruszką i oliwą. Pycha! Zupełnie inne od tego, jakie jadam w polsce.
Pełna energii i niewiadomoskąd radości przesyłam gorące do następnego!

Ps. Zdjęcie ziemniaka-love, którego przed chwilą obierała moja współlokatorka na kopytka ;)

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Pierwszy raz po litewsku.







Pierwszy test z języka litewskiego zaliczony. Pierwszy litewski clubbing zaliczony. Pierwszy litewski zachód słońca zaliczony. Pierwszy litewski shopping zaliczony. Zaczne od opowiastki o tym pierwszym pierwszym razie.
W piątek z okazji kursu języka litewskiego pisaliśmy test z tegoż języka. Nawet nie wiecie jak normalnie pisze się test z języka, na którym myśli się w swoim ojczystym języku a odpowiedzi zapisuje w języku angielskim :P. Dziś prace nam oddano, zaliczyłam na 9/10. Jak na kogoś kto szczególnie do nauki tego języka się nie przykłada, a dzień przed testem zamiast się uczyć idzie na (jeden z najwspanialszych w moim życiu) zachód słońca z piwskiem w tle, to jestem super extra. Hehe ]:->. W każdym razie, w piątkowy wieczór razem z kursowiczami jednogłośnie stwierdziliśmy: clubbing. Niestety 1/3 się wykruszyła, kiedy usłyszała, że za samo wejście trzeba zapłacić ok. 20 LT, więc udała się na kręgle, czy coś w tym stylu. My, niezbyt kasiaste polki acz chętne na bibę, stwierdziłyśmy, że odłączymy się od części która chciała najpierw iść do burżujskiej restauracji i wypijemy coś w dormitorium. I tak się stało, jednak większość tego co miałyśmy wypić spokojnie w akademiku, wypiłysmy na mieście. Spotkałyśmy się z grupą i oczywiście 3/4 wykruszyło się z imprezowego wieczoru. W sumie,nie mają czego żałować, bo nic szczególnego się nie zadziało, jednak warto bylo iść i powygłupiać się w pierwszym, dziwacznym clubie 'Mr. Who'. Później udaliśmy się do 'Kiwi', gdzie było przeokropnie nudno. No i oczywiście, jak na klubowicza burżuja przystało woziliśmy się taxami.
Dziś odbył się mój pierwszy shopping, a moja lista wyglądała następująco: sportowe buty, ładna tunika-imprezowiczka. A co kupiłam i gdzie? Buty w Cropp Town, czarne jeansy w Stradivariusie, apaszkę i t-shir-tunikę w Lindex'ie. Hue. Było całkiem miło. I to błogie uczucie spełnienia po shoppingu ^^.
Do następnego!

Ps. Foteczki kota-maskotki akademika, rozkładu autobusu linii nr 14 oraz cudownego zachodu słońca na plaży :)

wtorek, 3 sierpnia 2010

Rybka lubi pływać






Po porannych lekcjach, które kończą się o 12.30 mamy 1,5 h czasu wolnego np. żeby coś zjeść, co też wszyscy pilnie czynimy. Dziś współlokatorki był przeokropnie milusie, same z siebie zapytały się, czy mam taki głęboki sen i w nocy mi nie przeszkadzają. Oczywiście, że przeszkadzają!!! -,- No więc, przeprosiły i na przyszłość kazały mówić, żeby były ciszej. Z okazji dnia miłosierdzia dla bidulek (czytaj mnie, tak się poczułam w ich oczach) zaprosiły mnie do wspólnego gotowania. Spoko, pierwszy normalny obiad, a nie zupka chińska, ucieszyłam się. Przychodzimy do wspólnej kuchni, a ludzie zapraszają nas do wspólnego jedzenia. Czemu nie, nawet nie chcieli składników, czy pieniędzy, więc było dobre spaghetti za free. Świetnie!
Po tejże przerwie mieliśmy się udać do muzeum i na zwiedzanie miasta. Na 20 minut przed wyjściem się rozpadało, burza, pioruny, itp., itd. Trip cancel. Po 20 minutach przestało padać, ktoś zapytał czy nie chciałabym udać się do centrum handlowego. Bardzo pięknie, gdyż potrzebowałam słimsjuta. Dżizas, jak ja żałuję, iż nie kupiłam tego w Polsce!!! Tu za najtańszy i ok strój zapłaciłam 50 LTL -,-. Papa tygodniu jedzenia...Przynajmniej podwózkę w obie strony miałam za free, gdyż 2 kursowiczów ma auta i nimi zabraliśmy się do centrum.
Razem z polakiem łaziłam po sklepach. On szukał kartki urodzinowej, a ja nieszczęsnego kostiumu. Kiedy już moja i jego misja została wypełniona wbiliśmy do marketu, większego niż osiedlowy Iki. Zupełnie inna filozofia marketu niż w Polsce. Tu poczułam się jakby sklep miał być miejscem spotkań i rozrywki. Kawiarenka i wkoło stoliki (co prawda bez siedzenia), miejsce ze zdrowym fastfoodem typu bagietka z serem itp. do podgrzania w mikrofali i wkoło stoliczki (również bez krzeseł). Wybór słodkich bułek, pączków, tortów i ryb był wspaniały. Co mnie zaskoczyło, to że w markecie mają świeże ryby z akwarium!!!Wow.
Do następnego !

Ps. W księgarni znalazłam mangi!!!! co pokazują niektóre foteczki ;)

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Bułgar w wielkim mieście.









Dziś odbyły się moje pierwsze zajęcia z języka litewskiego. Naskrobałabym coś po litewsku, lecz nie mam przy sobie mojej cudownej ściągi ze słownictwem ;). Aha, moje gadu-gadu nie działa (nie mam pojęcia dlaczego), ale za to wchodzę na nk oraz Skype, więc 'meet me halfway'.
Po lekcjach pięknie udałam się do banku,by wymienić walutę (która starczy jedynie na opłatę rachunków :c ). Myślicie, że 250 LTL starczy na 3 tygodnie życia na Litwie? Nie wiem, ale wczoraj wyszliśmy na miasto i wydałam szalone 5 LTL na piwo + 7,60 LTL na papierochy. Oczywiście razem z piątką innych kursowiczów postanowiliśmy, że idziemy oglądać miasto, co by nie siedzieć na tyłkach i chlać piwsko w pubie, co też uczyniła reszta. Oczywiście, co innego mogło mi się(czy raczej nam, przy mojej obecności) przydarzyć aniżeli zgubić się? No nic, wracaliśmy na nogach, nie pytajcie mnie jak długo szliśmy, gdyż nie wiem. Wiem za to jedno, cholernie bolały mnie nogi. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie moje współlokatorki, które wróciły później, były pijane i piszczały, trzaskały drzwiami i przeżywały to, iż któryś chłopak spojrzał na nie. Ich zachowanie kojarzy mi się z pieskami zerwanymi z łańcucha lub szesnastoletnimi dziewczynkami na obozie. Co się dziwić, dziewczyny studiują i nadal mieszkają w swoich rodzinnych domach, mam na myśli z mamą. Nieważne.
Dziś, po zajęciach, które się skończyły przed 15, udałam się do małego centrum handlowego z markjetem 'Iki', który jest sieciówką na litwie. Siedząc sobie kulturalnie na ławeczce, pan w zielonej koszulce z litewską flagą i napisem 'LIETUVA BASCETBALL' (czy coś w tym stylu, gdyż Litwa kilka dni temu zdobyła jakieś mistrzostwo w koszykówce) poprosił mnie o papieros. Odpowiedziałam kulturalnie po angielsku, że nie rozumiem i tak nawiązało się polsko-bułgarskie porozumienie. Tak, tak, bułgarskie! Pan Bułgar, który przybył na Litwę za mamą, którego babcia a mama jego mamy była z polski i płynnie mówiła po polsku, kupił piwsko, ja częstowałam fajami, więc tak sobie siedzieliśmy i gadaliśmy 2 godziny. (tu przerwa na śmiech) Jak się porozumieliśmy? On nawijał po rosyjsku, mi kazał po polsku, czego trzeba było więcej? Otrzymałam od niego pierścionek i numer telefonu ^^. Heh.
Do następnego!!!

Ps. 1 zdjęcie jeziorka za, czy też raczej przed dormitorium, gdyż tamtędy chodzimy do miasta, 2 to batonik, który zjadłam dziś na obiad, a który to był na moim biurku jako powitanie (jakaś marmolada w wafelku z orzechami? oblane czekoladą),3 to zdjęcie rzeczy którą kupiłam w ciemno, a co okazało się być serkiem homogenizowanym w kostce (mocno zhomogenizowany) o smaku truskawkowym - polecam,4 to piwo które wczoraj kupiłam- znośne,5 i 6 to rzeczy w Polsce znane w Litewskim wydaniu :)