środa, 28 kwietnia 2010

Przebłyski komputerowego geniuszu!

Kilka dni wstecz skończył się cud szybkiego bezprzewodowego internetu. Limit szybkiego transfera wyczerpany. Marazm i bieda w kokardkowej krainie. Ale, ale! Są tego i plusy, mianowicie, nareszcie wzięłam się za czytanie książek nieprzeczytanych. Tak oto, na pierwszy ogień poleciała 'Awantura o Basię' K. Makuszyńskiego. Wybitnie przeurocza książeczka! Się uryczałam wczoraj przy niej, że ho ho:P Dziękuję za ten cudowny prezent, Natali.
Pasowałoby się teraz pouczyć. Na anatomię. A fe! Aby nie zalegać cały dzień w łóżku bezczynnie patrząc się na bałagan panujący w pokoju wyruszyłam na miasto. Obecnie siedzę w budynku uczelni, gdyż istnieje tu darmowy internet, który śmiga zacnie. Zanim jednak doszłam jak poruszyć mój komputer,by ten połączył się z bezprzewodową siecią zmarnowałam pół godziny -,-'. Jeśli dałam radę złożyć szafę, to i internet poruszę!!!
Za chwilkę ruszam dalej, by szukać antykwariatu w tej mieścinie. Co z tego wyjdzie...się okaże!
Do następnego, zapewne dopiero po powrocie na weekend do domu (^^!!!).
Do następnego :)

Ps. Obrazeczek-kompozycja taka a nie inna, bo ostatnio oglądałam milion filmów, z którymi byłam w plecy (m.in. 'Alicja w Krainie Czarów' i 'This is it').

sobota, 24 kwietnia 2010

Mega porządki i cud studenckiej techniki!

Sielanka. Czar Domku Babci trwa. Przezachwycona urokiem tego mieszkania postanowiłam, iż jako pierwsza wezmę dyżur sprzątania. Mechanizm dyżurów: każda z nas (2 współlokatorki+ja) co tydzień ma obowiązek wyrzucać śmieci, sprzątać łazienkę, przedpokój i kuchnię. Powiem jedno: SYF!!! Syf, nieporządek, brud jakiego dawno już nie spotkałam. Wyszorowałam łazienkę łącznie z rurami, oknem i parapetem, w kuchni podłoga, szafki i zlewozmywak, w przedpokoju okno i podłoga. Oknem w kuchni zajęła się współlokatorka. Sprzątałam długo, bardzo długo. Przynajmniej mogę bez obrzydzenia korzystać z tych pomieszczeń.
W związku z tym, iż do kąpieli służy nam dziwna wanna (znaczy normalna, ale otoczona z dwóch, wystawionych na widok stron plastikowymi płytami połączonymi sylikonem), która do brania prysznica nie jest najwygodniejsza, wraz z współlokatorką udałyśmy się na poszukiwania zasłonek prysznicowych. Wiedziałyśmy, że w Jysk można nabyć takowe za 10zł. Ale 10zł dla studenta to sporo, więc udałyśmy się do naszego ulubionego sklepu 'wszystko po 4 zł'! Oczywiście znalazłyśmy tam wspaniałe, liche jak cholera, zasłonki i kupiłyśmy za szalone 4zł+sznurek za 1,5zł+komplet 5 ścierek za 2zł. Uradowane powróciłyśmy do mieszkania i zaczęłyśmy akcję montażową. Yh...dwa gwoździe, młotek, przezroczysta taśma klejąca, igła i nitka, nożyczki, i 1 godzina. Do ściany przybijamy gwoźdź-haczyk., na których będzie zaczepiony sznurek, a na nim zasłonka. Do ściany przyklejamy zasłonkę taśmą klejącą. Wiążemy, supłamy, kombinujemy jak wykorzystać sznurek na pranie jako stelaż naszej zasłonki. Do ściany wbijamy kolejny gwóźdź-haczyk, o który będziemy zachaczali zasłonkę po wejściu do wanny-prysznica. By supełki ze sznurka nie przesuwały się po sznurku do suszenia prania przyszywany je. The end.
Korzystałam z tego cudu studenckiej techniki i poza tym,ze się podczas mycia klei do ciała, to sprawdza się,a taśma się nie odkleja xP. Dziś dodatkowo umyłam okna, parapety, rury i grzejnik w moim pokoju. Czarna woda.
Podsumowując: studia uczą (samodzielności i samoradzenia), wychowują (kombinuj, kombinuj, jeszcze raz kombinuj), bawią (nie wyobrażacie sobie ile jest śmiechu podczas konstrukcji takich magicznych pryszniców za 5,5zł) i rozwijają (kreatywność i muskulaturę!).
Do następnego.

Ps. Kolażyk z foteczek znalezionych przypadkowo w przestrzeni internetowej.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Zdradzam swoje zasady!

Od chwili, kiedy przeprowadziłam się do 'domku babci' żyłam dosłownie na walizkach. Ze względu na ubogie wyposażenie: 2osobowe łóżko, stolik-ława kawowa, krzesło, dywan, 2 parapety, wszystkie moje ciuchy przez ponad tydzień były w walizce, kosmetyki i książki na parapetach ( o zgrozo dla kosmetyków!). Ogólnie panował tu bałagan, rozgardiasz. Dywan, kolokwialnie mówiąc, wypieprzyłam już pierwszego dnia. Łóżko jest milusie i wielkie! Funkcje szafki nocnej przejęło pudło od drukarki, które przykryłam serwetką w babcinym stylu z ławy. Pojemniki od taty są bezcenne w kwestii przechowywania pościeli i ręczników.
Zgodnie z obietnicą właścicielki, dziś przybył 'regał'. Ów regał okazał się regałem z drzwiczkami. Wyobraźcie sobie: wielkie auto przywozi tylko dwie, szczupłe paczki, jedna wysoka,druga mała. Ciężkie w cholerę. Pan nawet nie wniósł na górę. Dzięki pomocy współlokatorek (dopiero w trójkę udało nam się podnieść większą) paczki znalazły się w moim pokoju. Po rozłożeniu masakra. Brak śrubokręta gwiazdki. Śruby, śrubki, śrubeczki, chwilami niedokładna instrukcja, ciężka konstrukcja...
Przyznam, że po 30 minutach poddałam się i zadzwoniłam do właścicielki, by sprowadziła wsparcie i śrubokręt gwiazdkę. Zmęczona :P pracą położyłam się spać. Po przebudzeniu posiliłam się i wkurzona pomyślałam: głupia szafa mnie nie pokona!!! I tak zakasałam rękawy, zaangażowałam w pracę płaski śrubokręt jednej współlokatorki (który się zmniejszył po mojej stolarskiej akcji, że tak powiem,wyśrubował się xP) oraz drugą współlokatorkę do podnoszenia gotowej już szafy.
Pęcherze na łapie. Ból nadgarstka. Trzy godziny. Otarte zgięcie łokciowe. Parę 'k*rwa' rzucone w przestrzeń pokoju i... TADA!!! Szafa stoi. Trzyma się. Jest pojemna i wszystko pomieściła: ubrania, książki, kosmetyki, inne bibeloty.
Teraz pokój ten wygląda tak jak zawsze chciałam, żeby wyglądał mój pokój-mniej mebli, więcej przestrzeni. Ah. Zdradzam swoje zasady, wynajmowany pokój zaczyna mi się podobać...
Dumna i obolała żegnam!
Do następnego!

niedziela, 18 kwietnia 2010

Hop szklankę piwa!

Niezmiennie i nieustannie, może nawet troszkę uciążliwie, utwór Yanna Tiersena 'Comptine d'un autre ete' (znanego z filmu 'Amelia') kojarzy mi się z Aliszją. Utwór typowo z pomrukiem smutku. Ja, mimo wszystko bezwarunkowo, bezwysiłkowo uśmiecham się słysząc tą melodię. Dźwięki te przepływając przez neurony mojego układu nerwowego, trafiając do mózgu w formie impulsu uruchamiają sympatyczną wizję. Bliskie i nieskrępowane uczucie. Ta melodia kojarzy mi się tylko i wyłącznie z Aliszją. We wtorek grała mi przez telefon. W ciągu tych kilku minut połykane powietrze było dziwnie czyste, a w płucach zaskakująco nicnieważące...
W środę postanowiłam, iż zwiewam (pomijając jedne obowiązkowe zajęcia) do domu na weekend. Dopiero wczoraj wieczorem zdecydowałam się wyczołgać na miasto. Spotkałam się z Dżoanną (na początku, ramowo) i Jakubem (razem z Dż., spontanicznie). Kurde! Cudownie! Cudownie! Cudownie! Piwo, rozmowy, ploty, imaginacje przyszłościowe, śmiechy, imaginacje przeszłościowe...Myśli, słowa, dźwięki. Oh! Brakowało mi takiej interakcji z ludźmi. Coś się zadziało.
Dawno nie było kolażu japońsko-gazetkowego, a z okazji szybkiego i nieograniczonego internetu trochę prasy przeglądnęłam. W podsumowaniu tego pobytu w domu najsmutniejszy jest fakt, iż nie pamiętam co robiłam w piątek oraz że czas wracać na studia.

Do następnego!

niedziela, 11 kwietnia 2010

Krzyż na drogę.

Nadszedł dzień, by opuścić to moje pierwsze studenckie mieszkanko. Przywiązać się do wynajmowanego mieszkania, to w moim odczuciu wielki błąd. Trudno się z nim rozstać, sentymenty, segmenty i inne smutki z powodu przeprowadzki. Wiadomo, to tylko na teraz, na te kilka lat, nic więcej. Dodatkowo wynajmujący na koniec okazują się niemili. To nie jest nasz dom. Tak więc uciekamy z współlokatorką z tego piekiełka po 6,5 miesiącach. Czy to jest dobra decyzja? Wierzę w to, iż tak.
Pakowanie to jakaś pomyłka. Mam multum rzeczy do zabrania. Na całe szczęście moje pojemniki od taty mieszczą sporą część dobytku. Jedynie książki stanowią dla mnie malutki problem, nie mieszcząc się już nigdzie. No, to za pare dni spodziewajcie się noteczki z całkiem nowej stancji!
DIY wisiorek z krzyżykiem przeobraził się w bransoletkę. Ten łańcuch (grubość oczek) mi nie odpowiadał. Na ręce zaczął jakoś znośnie wyglądać. Dokupiłam jeszcze jeden, uroczy krzyżyczek z cyrkonią (czy innym świecącym plastikiem). Motyw krzyża to zaraz po kokardkach mój całkiem ulubiony motyw! Hue. Foteczkę bransoletki wstawię na dniach.
Do następnego!

czwartek, 8 kwietnia 2010

Min

Pan Wietnamczyk. Min. Yoroshiku Min-sama :). Może jestem głupia, albo coś w tym stylu, ale czuję się taka uśmiechnięta. Poznałam kawałek wymarzonej Azji. Zmierzał do Częstochowy, a pracuje jak kucharz w Warszawie. Ah. Szkoda, że nie jest młodszy, to bym go wyrwała. A jak się wyrywa Azjatów? Ano:
-Excuse me, do you speak english?
–bełkot,bełkot,chyba yes
–I think that you should be more careful about your luggage.
–Thank you…
Dlaczego turyści z Azji są tacy beztroscy w stosunku do swojego bagażu? Nie wiem. Może myślą, że ludzie będą bali się ukraść coś obcokrajowcowi? Wątpię, by u nich nie istnieli złodzieje, kieszonkowcy.
Wracam na studia. Niestety. Chociaż przez pierwsze trzy godziny podróży stety, bo odbyła się z Łabądkiem bohemowym. To był pierwszy raz od dawna, kiedy nie było mi smutno, że wracam. Pan Min ukoił moje serce podczas godzinnego czekania na autobus do Nysy.
Chce mi się ruszyć gdzieś. Wyjechać. Nie uciec, zwyczajnie odwiedzać ludzi i miejsca.

Do następnego.

Ps. Wiem, że japoński to nie wietnamski, ale Pan Min stwierdził, że to podobne języki, więc mu ufam :P