poniedziałek, 31 maja 2010

Festyniarą być i once-in-lifetime chance,czyli jak zagmatwać swoje życie.

Od piątku do neidzieli miałam ciężko pracować na tytuł wychowawcy kolonijnego. Kurs odwołano na 40 minut przed rozpoczęciem wysyłając sms z bramki internetowej! do mojej współlokatorki (ona też się zapisała na kurs). Do mnie żadna taka wiadomość nie doszła. W związku z tym, iż takie sms-y nie wydają się być wiarygodnym źródłem udałyśmy się do jednostki uczelnianej organizującej owy kurs. Pan bez większej pokory, czy żalu w głosie potwierdził, iż zajęcia się nie odbędą, na koniec rzucając od niechcenia przepraszam. Tak oto cudownie rozpoczął się weekend.Żal.
Wkurzone z współlokatorką udałyśmy się na piwo. Wygadałyśmy naszą złość i opracowałyśmy część dalszą piątkowego wieczoru. Zakończyło się na włóczeniu po mieście i densach od 23.40 do 1 bez przerwy. Ciężki tydzień zakończ wyczerpującą imprezą-moja nowa mądrość życiowa. Nie powiem, było przednio.
Dnia następnego odbył się należyty odpoczynek po tygodniu harówki. Wieczorem przyjechała nasza koleżanka z zaocznych i razem z nią, moją współlokatorką oraz byłą współlokatorką wyczołgałyśmy się na miasto. W związku z tym, iż odbywały się dni miasta w którym studiuję zorganizowano festyn. Był koncert Kayah, festyniarskie piwo, festyniarski chleb z masłem i zabawa z orkiestrą. Hell yeah! -jakby to zakrzyknął James Hetfield.
Mam szansę wyjazdu na semestr za granicę. Przeszłam już wszystkie rekrutacje, teraz wystarczy, iż zdam sesję przed lipcem. W związku z tym mogę również ubiegać się o kurs językowy w państwie, w którym będę studiować. Ch*j jasny by to strzelił. Daty kursów pokrywają się z datą moich praktyk. Jedna na całe życie szansa. A już mi się odechciewa z tym kombinowaniem jak to wszystko połączyć. W rzeczywistości jest jedno wyjście: przesunąć praktyki z sierpnia na wrzesień. Byłoby to wykonalne gdybym miała kontakt telefoniczny do mojej koordynatorki praktyk oraz nie musiałabym złożyć podania o kurs aż do jutra -,-.
Chapajcie swoje szanse ile tylko się da. Tylko pamiętajcie, że nieźle pogmatwa to Wasze życie.
Nieźle rozdrażniona żegnam.
Do następnego.

piątek, 28 maja 2010

6(66).






Jeszcze sześć. Sześć dni. Zabrudzonych trudem dni. Prawie jak sześćset sześćdziesiąt sześć. 666. Tyle i trochę więcej dni nim planowo skończę te studia. Piekło woła, nawołuje, czeka.

czwartek, 27 maja 2010

Nasz prywatny bezdomny.

Troszkę zaniedbałam bloga. Nie ze względu na brak tematu. Pozwólcie mi się wytłumaczyć, ostatni tydzień kwitnie pod znakiem cięzkiej pracy. Tydzień-masakra. Codziennie koło, kolokwium, kóleczko i egzamin. W poniedziałek padł mój rekord rekordów, czyli dwa koła + egzamin. Myślałam, że się przekręce. Oczywiście, w przypadku osób lubiących sobie pomarudzić, leniwszych z leksza, czyli mnie, tak się nie stało. Do diabła z nauką. Mózg już mi paruje.
Kilka dni temu ktoś błyskotliwie w zakamarku naszego podwórka porzucił łóżko. By nie budzić oburzenia czytelników, nieopodal owego zakamarka na naszym podwóreczku znajduje się śmietnik kamienicy przylegającej do Domku Babci. Dziś naciskam na klamkę pierwszych drzwi prowadzących z kuchni do przedsionka i nic. Pierwszy raz ktoś zamknął te drzwi na klucz. Zapytałam współlokatorki czemu to zrobiła. Opowiedziała mi taką oto historię: Wczoraj około 21, kiedy ja drzemałam, na podwórko zajechała straż miejska. Strażnicy zmierzali w stronę domu. Współlokatorka zatrwożona schowała się za okno i podglądała. Panowie skręcili w zakamarek, gdzie leżało wcześniej wspomniane posłanie. Z ulgą, już się nie kryjąc, usiadła przy oknie i nasłuchiwała. Tu nastąpił dialog:

-Co pan tu robi?-strażnik miejski
-Śpie sobie-pan bezdomny
-Ale tak nie wolno
-Ale ja jestem kulturalny, nikomu nie przeszkadzam.-tu wychyliła się jakaś baba z okno kamienicy i wtrąciła swoje trzy grosze:
-Jak to nie przeszkadza?! Niech panowie go stąd zabiorą!
-Gdzie go mamy zabrać? Może pani go przenocuje?-tu babę zatkało, bąknęła zdawkowe 'no nie' i się schowała- Niech pan sobie stąd pójdzie- zakończyli wyrozumiali strażnicy.
Współlokatorka przerażona wizją 'kulturalnego bezdomnego' zamknęła dodatkowe drzwi. Rano, kiedy mi o tym opowiedziała i zeszłyśmy na dół okazało się, że nasz prywatny bezdomny nadal tam był :). Uczciwie trzeba mu przyznać, że póki co jest nieuciążliwy i niegłośny.
Tak oto dorobiłyśmy się dzikiego współlokatora. Ah, dodatkowy element krajobrazu podwórka Domku Babci. Nudy nie ma.
Do następnego!

czwartek, 20 maja 2010

Eksplozja muzycznych aromatów i tęsknota za Nimi.

Jak pewnie zauważyliście zmieniam co chwila pioseneczkę-wkurzaczkę-mojągłowęopanowaczkę. Eksplozja muzycznych aromatów! Jak już wspominałam wcześniej z okazji mojego depression-lenia kurowałam się muzyką. Tak oto odgrzebałam miłość do Guns'ów, Ozzy'ego Osbourna, czy Metallicy (nie mam pojęcia jak to zapisać po odmianie xP). Pojedyncze piosenki różnorakich wykonawców także tłoczą mi się w ośrodkach słuchowych. Tak oto wygrzebałam Dizzee Rascala 'Bonkers'. Jak to ktoś kiedyś powiedział: najważniejsze jest pier*olnięcie! True.
Ogólnie jestem chorawa. To jeszcze nie stadium agonalne, ale głowa ciśnie od ciężaru. Spać, spać, spać...smarkać nosa, kichać i koić ból gardła. Życie.
Od tygodnia mam ochotę napić się kawy z Jarkiem. Od kilku dni mam ochotę wyjść na
spacer z Johnnym. Chcę zadzierać głowę do góry, patrzeć w oczy i rozmawiać z Sysiem. W głowie wiruje mi wspomnienie szaleństw i głupot z Patrykiem. Jedyny partner w tańcu z którym czuję się swobodnie. Trochę mi się pomiażdżyło serce. Tęsknota za Nimi.
Czemu anatomia nie jest moim ulubionym przedmiotem? O wiele prościej byłoby się wziąć za naukę tego cholerstwa...
Dziś pierwszy raz od hm...tygodnia? deszcz nie padał cały dzień. Nawet pokazało się słońce. " 'Cause nothin' lasts forever even cold November rain"
Do następnego

Ps.Pierwszy kolaż z wycinków japońskogazetkowych, drugi z pierdółek wygrzebanych w internetowych sklepach.

wtorek, 18 maja 2010

Czerwień-kolor wojownika oraz przemoczony dresik wieczorową porą.

Powróciłam do mieścinki studyjnej. Ostatni odcinek drogi rozpoczął serię niefortunnie wkurzających wypadków. Lećmy chronologicznie:

NIEDZIELA:
1. Pasażer (dziadek ze schizą) siedzący za mną czyni mi krzywkę szarpiąc mój fotel lub szarpiąc mnie za włosy kładąc rękę na zagłówku mojego fotela.

2. Już w mieszkaniu. Zadowolona z niezbyt mocnego przemoknięcia przebieram się w pidżamę i wskakuję pod kołderkę. Oh tak...ten błogi stan. W związku z lekkim wychłodzeniem pokoju i równoczesną chęcią ogrzania go, korzystania z komputera oraz lampki uruchamiam: farelkę, lampkę, laptop. Działało przed pierwsze 10 minut. Po pierwszych 10 minutach nastąpiło pier*olnięcie korków.
Co było robić, jeśli nie ubrać się w kurtkę i butki,zaopatrzyć w klucze do licznika oraz komórkę uruchomioną w trybie latarka? No nic, zlazłam, a drogę przebiegł mi szczur. Spotkanie pierwszego stopnia z dziką fauną podwórka Domku Babci. Kiedy zmierzałam do licznika (za Domek Babci) nastąpiło spotkanie pierwszego stopnia z dziką florą, naszym zachwaszczonym ogródkiem. Dałam radę, chociaż deszcz i mrok nie byli moimi sprzymierzeńcami w reanimacji licznika. Niczym Kopernik ,który wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, ja poruszyłam prąd!
Najbardziej wkurzający był fakt przemoczonego dresiku.

PONIEDZIAŁEK
1. Już dawno się tak nie namęczyłam umysłowo. Wróciłam po zajęciach padnięta jak koń po wyścigach. W godzinę później, ok.19.30 postanowiłam się zdrzemnąć. Drzemałam do 1. Kolejne dwa dni w plecy w odsypianiu.

Póki co to na tyle fatalnych pomyłek. Wolałabym nie obiecywać, ale chcieć a móc to dwie różne sprawy, zapewne pojawi się tu tego więcej.
Rozpakowując się znalazłam czerwoną smycz. Smycz owa to zdobycz bezcenna, ofiarowana przez milutkiego pana z osiedlowego monopolowego w piątkowy wieczór. Dziuń i (nowopoznana)eM. otrzymały zielone - kolor nadziei, ja zaś czerwoną - kolor wojownika! Bo potrzeba mi zahartowania! A co!
Jest 4.30. Zaczyna się przejaśniać.
Do następnego

Ps. Obrazeczek - strona z ostatnio przeczytanej mangi "Bremen" Umezawy Haruto. Powaliło mnie stwierdzenie "Were you dreaming about cutting onions?" (w poprzedniej scenie widzimy sen Ran'a: śni mu się, że stoi z gitarą na której nie może zagrać, bo nie ma lewej ręki i mu się troszku popłakało)

niedziela, 16 maja 2010

Trend-uległość

Cudownie odnowiona głowa. Właściwie obmyta przez alkohol. Każda żywa komórka i nerw przesycone magiczną trucizną prowadzoną krwiobiegiem wprost do centrum rozpieprzenia, dezorganizacji, dezmotywacji. Oczywiście, uszczerbki na zdrowiu pewnie niesamowite, tryliony szarych komórek zabitych. Przykro mi, żałoby nie będzie. Co mi było po tych zbiornikach mądrości, kiedy okiełznanie wszystkiego wkoło wydawało się niemożliwe. Dlatego dziękuję Dziuń i (nowopoznanej)eM. za przeuroczo pijacki wieczór.
No, wracam do żywych i zorganizowanych. Cele są niezbyt wysublimowane. Proste, ale wymagające standardowego poświęcenia i wielu godzin nauki. Dam z siebie wszystko!
Już od paru miesięcy obserwuję w japońskich gazetkach trend na kapelusze weneckiego gondoliera. Nazwa-porównanie to tylko i wyłącznie mój twór. To właśnie nieznajomość fachowej nazwy tego nakrycia głowy nie pozwala mi odszukać w internecie takiego modelu i, być może, nawet zakupu. Złamałam się. Trend-uległość...
Cóż, wracam do pakowania. Mama mnie straszy, że zaleje mnie na studiach. Wierzę, że Domek Babci tak łatwo się nie da.
Do następnego.

środa, 12 maja 2010

Pęka w szwach.

Oczywiście żyje. Cała i zdrowa. Chociaż nie, moje śliczne, cholerne, nowe butki obcierają moją lewą stopę za każdym razem kiedy je zakładam. Jest mi z tego powodu smutno. Smutno mi również z powodu mangi którą uparłam się, że przeczytam. No i przeczytałam, ale przetłumaczone rozdziały się urwały w środku akcji. Zapytacie: skąd ona bierze czas na czytanie mang, oglądanie japońskich dram i przegląd japońskich gazetek?! Odpowiedź jest prosta: nie ymprezuję, nie mam telewizora, radia, psa, dziecka czy kota, nie pracuje (poza nauką), nie gotuję skomplikowanych potraw, nie łażę po sklepach (nie ma nic ciekawego), a kiedy idę do biblioteki i pytam o interesującą mnie pozycję okazuje się, że jej nie ma... Uroki studiowania w małym mieście ;]
Ostatni tydzień minął mi pod znakiem lenia mutanta wgryzającego się i wrastającego w mózg. Nowy typ nowotworu. Tak jak w rzadkich przypadkach kiły doszło do samowyleczenia. Mam nadzieję. Niestety, lenistwo jest chorobą recesywną. Tak mi przykro...
Tak więc, moja rehabilitacja polegała na przyjmowaniu zdawkowych ilości tlenu (chociaż w sobotę wyczołgałam się na spacer), czytaniu mang, namiętnym graniu w pasjansa, słuchaniu muzyki, nieuczeniu się i bezwładnym zaleganiu w łóżku. Przyznam się do czegoś okropnego, przez dwa dni spałam w nieubranej pościeli. Bez prześcieradła, bez powłoczki na kołdrę i poduszkę.../kiedy to napisałam pokiwałam głowa na znak rozczarowania własną osobą/ Yh.
Dziś rano wzięłam się w garść i ruszyłam trochę sprawy naukowo-przyszłościowe. Jutro sporządzę sobie śliczny plan na najbliższe dwa miesiące. Zaliczenia, egzaminy, sesjo! PRZYBYWAJ!
Kalendarz zaczyna pękać w szwach.

Do następnego.

Ps. Kolażyk znajdowo-internetowo-japońskogazetkowy.
Ps.2. Zakończyłam naukę wszystkich chwytów masażu twarzy, szyi i dekoltu. Szkoda.

czwartek, 6 maja 2010

Ryki.


Serce rozgrzane dobrą energią podgrzewa tłoczoną krew. Do każdego koniuszka, zakamarka i zachyłka ciała. Dobrze mi teraz. Za 17 minut powinnam wyjść z mieszkania, by nie spóźnić się na PKS. Zgadnijcie gdzie? Tak, oczywiście, że na studia. Ryki wielkie. Od dwóch dni. Najchętniej przykułabym się do kaloryfera. Cokolwiek. Znowu nie chcę wracać...
Smutno teraz. Jestem leniem do kwadratu, nie, do kwadraciska!!!! I nikt mi nie wmówi, że nie.
Kończę, bo nauka woła. Ły.
Do następnego.