Pustkę tego wielkiego mieszkania, tych moich czterech (jakże
brzydkich) żółtych ścian wypełnia muzyka i sterta ubrań, które robią sztuczny
tłum na podłodze, krześle, szafkach. I te zdechłe kaktusy na parapecie, które
nie znaczą dla mnie nic. Ze zlewu wysypuje się sterta niepozmywanych naczyń, a
w przedpokoju postawiłam zasieki na złodziei z butów, pustych pudełek po
papierosach i ulotek. Na balkonie układam nowy wzór z popiołu, na już gotowym
dywanie pokrytym warstwą brudu. Po co to wszystko sprzątać, dla kogo? Niech tak
sobie będzie, niech tak zostanie.
Nie czuję się z tym dobrze, że kiedy wracam nikt tu na mnie
nie czeka. Wiecie, ostatnio mój ojciec powiedział mi 'nie patrz na kolegów, oni
sobie pójdą, zajmij się sobą'. Póki co nie pozwalacie spełnić się tym
proroctwom. Dobrze wiem, że każdy jest kowalem swojego losu, każdy ma swoje
życie, każdy je układa na swój sposób, jak tylko najlepiej potrafi. Tylko tak
się stało, że nasze życia posplatały się na pewnych odcinkach. Dla części
'kolegów' nawet nie chce mi się nadkładać drogi by dotrzeć do tego samego
punktu co oni. Dla tych jednak na których polegam, którym poświęcam najlepsze
myśli i najszczersze słowo dedykuję odcinki najdłuższe, by chociaż na chwilę
móc iść obok nich, spojrzeć im w oczy i czuć, że nie jestem sama. Dopiero wtedy
czuje, że kierunki jakie obieram mają sens i w końcu gdzieś mnie doprowadzą.
Więc tak oto zajmuje się sobą- idę dalej posilona Waszą obecnością, od czasu do
czasu szukając Was na szlaku.
Do następnego.




